piątek, 6 października 2017

"Jestem legendą" - Richard Matheson


Klasyka, po którą w końcu udało mi się sięgnąć. Żałuję, że tak późno, bo była to wyborna uczta.

Byłam w lekkim szoku, gdy przeczytałam, że powieść ta powstała w roku 1954. Po raz pierwszy zetknęłam się z tym tytułem za sprawą ostatniej ekranizacji, dlatego kojarzyłam go raczej ze współczesnością. Swoją drogą, szkoda, że film tak bardzo odbiega od wizji autora (i nie mówię tu o kolorze skóry głównego bohatera, choć to również nie jest bez znaczenia).

Ta post apokaliptyczna wizja ludzkości wymierającej przez zarazek powodujący wampiryzm bardzo przypadła mi do gustu z dwóch powodów. Po pierwsze, dzięki rzadko spotykanemu, naukowemu podejściu autora do tego zagadnienia. Wcześniej nie spotkałam się z objaśnianiem elementów legend o wampirach wyłącznie za pomocą czynników biologicznych, chemicznych oraz psychologicznych, które jednocześnie całkowicie wypierałyby podłoże paranormalne. Drugim czynnikiem, wywołującym mój zachwyt był doskonały rys psychologiczny bohatera, pokazujący złożoność ludzkiej natury, zdolności przystosowawcze i granice wytrzymałości.

No właśnie, główny bohater - Robert Neville, któremu towarzyszyłam przez ostatnie dni, jest jedynym na ziemi (przynajmniej tak mu się wydaje) człowiekiem nie zarażonym wampiryczną chorobą. Przez kilka lat po stracie rodziny desperacko próbuje odnaleźć antidotum na wywołującą chorobę bakterię, aby odrodzić swój gatunek lub jedynie dotrwać swoich dni w towarzystwie drugiego człowieka. Robert cierpi z powodu samotności, dlatego nieustannie poszukuje innych ocalałych. Ten ból jest pokazany bardzo obrazowo, ale też wiarygodnie, bez zbędnego przesadyzmu. Autor nie od razu zdradza, co się wydarzyło w życiu Nevilla. Stopniowo wprowadza nas w jego tragedię, która miała miejsce, gdy musiał na zawsze pożegnać żonę i córkę. Pozwala czytelnikowi najpierw poznać człowieka na skraju załamania, polubić go, ofiarować mu współczucie, a gdy już myślimy, że gorzej być nie może, dowala kolejne wydarzenia, powodując ciągle narastanie emocji.

Książka w mistrzowski sposób ukazuje wielowymiarowość tego, co nazywamy moralnością, wyższym dobrem czy mniejszym złem. Pozwala dostrzec relatywizm wszystkiego, co nas otacza. Tak naprawdę to przesłanie zamyka się w jednym zdaniu, które idealnie podsumowuje powieść tuż przy jej końcu:

"Normalność jest bowiem pojęciem, które wyznacza większość, określają ją standardy większości, a nie standardy pojedynczego człowieka".


niedziela, 24 września 2017

Wakacyjna lista książek zaczytanej 10-latki

Miałam zrobić tę listę pod koniec wakacji, ale niestety nie udało się. Lepiej późno, niż wcale :)


Dziesięciolatka zakochana w książkach to oczywiście moja córa. Jestem z niej bardzo dumna. W czasie dwóch miesięcy wakacji przeczytała ich 11. Może komuś z Was przypadnie go gustu któraś z nich. Polecam, zwłaszcza, że nadchodzą długie jesienne wieczory ;)



"Wojownicy"  Erin Hunter



Zacznę od największego dla mnie zaskoczenia, jakim jest seria "Wojownicy", napisana przez kilka autorek, przybierających wspólny pseudonim Erin Hunter. Dlaczego zaskoczyło mnie tak duże zainteresowanie tymi książkami mojej córki? Ponieważ pierwszą część kupiła już ponad rok temu i zawiedziona skończyła lekturę na drugim rozdziale. Jej zarzuty wobec powieści były podobne do moich, mianowicie, książka zawiera dużo bardzo zbliżonych do siebie nazw, które utrudniają wczytanie się i zrozumienie treści. Pozycja przeleżała na półce tak długo, że chciałam już ją komuś oddać, lecz wtedy moje dziecko ponownie wzięło ją "na warsztat" i tym razem nie mogło się od niej oderwać. Widocznie musiała do niej dojrzeć. Wkrótce kolejnych 5 części zajęło honorowe miejsce w biblioteczce, tuż obok ulubionych "Chowańców"(na półce jest hierarchia książek ;) ).

Seria opowiada o kilku konkurujących o terytorium i władzę klanach wojowniczych, dzikich kotów oraz o jednym udomowionym dachowcu, który zasila ich szeregi i całkowicie odmienia los żyjących w lasach pobratymców. Klany mają swoją hierarchię, koty przechodzą szkolenie na wojowników, zdobywają kolejne stopnie wtajemniczenia, mają też swoich uzdrowicieli i, rzecz jasna, przywódców. Seria zawiera sporo dobrze opisanych walk, ale także porusza kwestie związane z przyjaźnią, miłością, zdradą.

Muszę jeszcze dodać, że książki mają pięknie zaprojektowane okładki. Niezła gratka dla kociarzy :)


"Archie Greene"  D.D. Everest



Dwutomowa powieść o chłopcu, który pewnego dnia otrzymuje tajemniczą przesyłkę. Jest nią księga, która przeleżała w kancelarii prawniczej ponad 400 lat, czekając na dwunaste urodziny Archiego. I tak zaczyna się wielka, magiczna przygoda, pełna niezwykłych stworzeń, czarodziejów, walki ze złymi  mocami. Bardzo fajny, zabawny język, sympatyczni bohaterowie, akcja wciągająca po same uszy :)


"Pax"  Sara Pennypacker



Była to jak dotąd najbardziej poważna i trudna, ze względu na duży ładunek emocjonalny, pozycja w biblioteczce córki. Bardzo się cieszę, że zaufałam recenzjom i kupiłam jej tę książkę. Mimo ciężkich tematów, napisana jest dość łatwym, a przede wszystkim barwnym językiem. Opisy przyrody i zwierzęcego życia w lesie pozwalają zaprzyjaźnić się z tytułowym liskiem i wczuć w jego trudną sytuację. Więcej o Paxie możecie przeczytać w mojej recenzji: Pax - recenzja


"Will Moogley. Agencja duchów" Pierdomenico Baccalario



"Duch drapacza chmur" był czytany przez córkę po raz trzeci. "Pięciowidmowy hotel" - po raz pierwszy. Tom drugi "Wstrząsająca rodzinka" na razie musi poczekać, bo nigdzie, w całym wielkim internecie nie mogę go znaleźć.
Will Moogley to chłopiec, który prowadzi najstarszą na świecie agencję duchów. Rozwiązuje przeróżne problemy związane z istotami zza światów, które wcale nie są takie straszne, jakby się niektórym mogło wydawać.
Największym atutem tej serii jest na pewno humor. Jeśli z pokoju córki zaczynają dobiegać salwy śmiechu, wiem, że z pewnością czyta właśnie jedną z  książek Pierdomenico Baccalario (samo imię autora również ją śmieszyło, co nie jest może zbyt grzeczne, ale przecież on się o tym nie dowie ;) ).
Polecam tę serię tym, którzy lubią zagadkowe opowieści  z niewielkim dreszczykiem, a także mają ochotę na porządną dawkę zabawnych zdarzeń.


A to cała kolekcja (czas wygospodarować trzecią półkę na książki ;) ):



środa, 23 sierpnia 2017

"Zapora" - Hubert Hender


"Zapora" to pierwsza pozycja spod pióra Huberta Hendera, jaką miałam okazję przeczytać. I muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna lektura. Nie obędzie się jednak bez kilku uwag.

Akcja thrillera toczy się na południu Polski, w okolicach zapory pilchowickiej. Dochodzi tam do serii bardzo brutalnych morderstw na mieszkańcach wsi Pilchowice. Inauguracja tej krwawej serii ma miejsce na samej zaporze, chociaż kolejne trupy policja odnajduje także w pobliskich opuszczonych budynkach. Sprawę prowadzi duet śledczych: podkomisarz Gawłowski oraz, zdaje się, nieco bardziej rozgarnięty komisarz Iwanowicz, który z powodu tak trudnej sprawy zostaje ściągnięty z urlopu. Morderca wykazuje się niezwykłą finezją, siłą oraz sprytem, przez co sposób pozbawiania ofiar życia za każdym razem jest inny. Mają one tylko jeden wspólny mianownik - skalę makabry i okrucieństwa, która wprawia policjantów w niedowierzanie.

Autor wybrał bardzo ciekawe okoliczności na miejsce akcji swojej powieści. Zapora jest monumentalną, bardzo starą budowlą i już sama w sobie może wzbudzać niepokój. Do tego opuszczone budynki, stara elektrownia, głębokie jezioro i okalające je lasy, tworzą idealne miejsce działań zbrodniarza. A to wszystko okraszone sporą porcją mżawek i tajemniczej mgły.

Książka z początku bardzo mnie wciągnęła. Czułam na plecach dreszcz, gdy przypadkowy świadek pierwszego morderstwa - niczego nie świadomy wędkarz, nocną porą wyłapywał przeraźliwe jęki ofiary, a potem odkrył na zaporze jej zmasakrowane zwłoki. Jednak już przy trzecim trupie zaczęłam się zastanawiać, jak mogło do tego dojść, podczas gdy teren był obstawiony przez policję. To się stało tuż pod ich nosem. Nikt nic nie widział i nie słyszał, a zabójca szalał do woli.

Najbardziej w tej powieści przeszkadza mi jej liniowość, brak wątków pobocznych, zmiany perspektywy. Główny bohater, Iwanowicz, jest najbardziej wyrazistą choć i tak dość płaską postacią. Praktycznie niewiele o nim wiem, o jego życiu osobistym, dążeniach, planach, marzeniach, przekonaniach. Wiem za to, że lubi nadużywać słowa "cholera" we wszelkich możliwych odmianach. Niestety, nie jest to tylko przypadłością bohatera, gdyż i narrator zdaje się lubować w tymże słowie. Było to dość drażniące.

Mniej więcej po półmetku, zaczęły mnie też irytować dogłębne rozmyślania policjantów nad motywem i sposobem działania sprawcy. Dumali tak, dumali, a niewiele działali. Moim zdaniem było tego naprawdę za dużo, zwłaszcza, że rozważania te niczego nowego do śledztwa nie wnosiły, nie popychały sprawy naprzód. Wciąż ginęli kolejni ludzie. Dopiero pod koniec nastąpił przełom.
Byłam natomiast zadowolona z wizyty w kostnicy. Lubię ten motyw w książkach (i filmach). Uwielbiam postacie patologów, pracujących dla policji, za ich zdystansowanie, rzeczowość i zwykle grobowe poczucie humoru. I tym razem także się nie zawiodłam. Klimat trupiarni był tak dokładnie opisany, że chyba po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się słabo podczas czytania. W tym miejscu ukłon dla autora za siłę oddziaływania na emocje czytelnika.

Mimo wyżej wspomnianych niedociągnięć, coś jednak skłoniło mnie, aby doczytać książkę do końca. Co więcej, nie zmuszałam się do tego, wręcz otwierałam ją z ciekawością, jak zakończy się ta sprawa. A rozwiązanie okazało się całkiem satysfakcjonujące.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Nierówna walka





 Gruby gospodarz stuknął o szynkwas ociekającymi pianą kuflami piwa i zaraz odwrócił się na pięcie po talerz zamówionych ogórków. Ruch miał spory, jak w każdy piątkowy wieczór, a nawet ciut większy, zważywszy na przyjezdnych żaków, co to właśnie rozpoczęli letnią przerwę w nauce.
Gwar karczemnej gawiedzi już od jakiegoś czasu przyprawiał Taliona o ból głowy, a gdy spojrzał na złocisty płyn, buzujący tuż przed nosem, dodatkowo poczuł silne mdłości. Miał serdecznie dość napitków, smalcu z ogórkami i całego tego wieczoru, okraszonego sporą warstwą plebejskiej rubaszności. Zupełnie od niej odwykł, choć przecież wywodził się z tych stron. Czekał tylko na okazję, żeby niepostrzeżenie wymknąć się spod pieczy starszego kuzyna i wrócić do chaty biednego wuja, który wspaniałomyślnie przyjął go do siebie w tych ciężkich chwilach.
W dodatku, od jakiegoś czasu miał wrażenie, że jakiś dziwny, zakapturzony typ z drugiego końca izby przygląda mu się uważnie. Jeszcze będąc w mieście, słyszał o napadach w tych okolicach. Zbóje czyhali po lasach na zamożnych kupców, magów, czy żaków, takich jak on. Zawsze uderzali w tył głowy, zabierali zamroczonemu sakwę, a czasem nawet odświętne ubranie i znikali w ciemności nocy. Talion dyskretnie łypnął w stronę tajemniczego osobnika, ale jego krzesło stało już puste. Nieco uspokojony, poprosił karczmarza o rachunek.
– A ty dokąd, bratku? – wyseplenił młodzieniec o mętnym spojrzeniu i chwycił Taliona za ramię, gdy ten niezgrabnie próbował opuścić zajmowany od kilku godzin barowy stołek.
– Ja już będę szedł – wyartykułował Talion nader wyraźnie. – Nie dam rady tego wypić.
– Ale so? Nasze pifo ci nie smakuje? – Kuzyn groźnie ściągnął brwi i próbował utrzymać głowę w pionie, świdrując Taliona wzrokiem. – Ja fiem, sze to nie to samo, co wasze miody z Osta... Ostalionu, ale... z kuzynem się nie napijesz?
– Ostavilionu, bracie. I napiłem się już dość. Piję od trzech dni! Muszę w końcu dojść do siebie, bo czeka mnie trudna rozmowa ze starymi.
– Aaale że so? Że ten egzamin oblałeś? No weź mnie nie rośśmieszaj. – Zaśmiał się głośno i, niespodziewanie dla samego siebie, beknął spod serca.
– Śmiej się, śmiej. Jesteś z dziada, pradziada chłopem. Wymagają od ciebie tylko roboty w polu i przy kozich gównach. A jak zrobisz swoje, masz, bracie yy wywalone. – Upił łyk z pełnego kufla, po czym połowę jego zawartości rozlał po ladzie. – Aaa u mnie so? Od dzieciaka tylko magia, zaklęcia, kamienie fizoloficzne, pieprzona gildia, od której nie można uciec iii na dokładkę jeszcze więcej magii.
– Magia-sragia! Widocznieś do tego nie stwoszony. I napij się ze mną, a fszytkie zmartwienia i tom całom magię zostaw staruchom z Ovistalionu – wybełkotał młodzian, po czym z hukiem wpadł twarzą w talerz ogórków.
Talion poczuł, że za chwilę straci przytomność, jeśli nie zaczerpnie świeżego powietrza. Machnął na chrapiącego kuzyna ręką i wstał powoli, przytrzymując się szynkwasu. Rzucił gospodarzowi banknot i udał się w kierunku wyjścia. Mijane stoły, roześmiane chłopskie gęby, pokrzykiwania, woń alkoholu i potu – wszystko tworzyło w jego biednej głowie bolesny wir, a jedynym oparciem na tej usłanej przeszkodami drodze, były wyłaniające się jakby znikąd poręcze od krzeseł, za które starał się chwytać, niczym tonący brzytwy.
Wypadł na chłodne podwórze i z ulgą spojrzał na tańczące w górze gwiazdy. Były piękne. Przypominały magiczny pył, który kiedyś przypadkiem rozsypał na zajęciach z eliksirów. Jednak przyglądając się im, dostał takich mdłości, że musiał czym prędzej puścić pawia za najbliższy płot.
Gdy mu trochę ulżyło, otrząsnął się, spróbował wyostrzyć wszystkie zmysły i ruszył przed siebie chwiejnym krokiem. Minął furtkę gospody, potem wszystkie trzy wiejskie chałupy i skręcił w polną ścieżkę, która prowadziła do lasu. Dom wuja stał w sąsiedniej wiosce, większej od tego zadupia, bo liczącej aż pięć gospodarstw. Dookoła Taliona znajdowały się zagrody ze śpiącymi zwierzętami, które przestraszone tępym krokiem żaka, pobudziły się i nieufnie na niego zerkały.
W pewnym momencie, równą dotychczas drogę przeciął pień złamanego podczas wichury drzewa. Talion pomyślał, że zrobi użytek ze swojej różdżki. W końcu niech ta zasrana magia na coś się przyda. Pogrzebał w kieszeni długiego płaszcza i wydobył gładki patyk, wykończony błękitnym kamieniem. Wycelował w pień i stał tak w zawieszeniu przez parę chwil. Gdy nie przypomniał sobie zaklęcia przesuwającego przedmioty, zrezygnował, a następnie postanowił pokonać kłodę w tradycyjny sposób. Uniósł prawą nogę i z satysfakcją postawił ją po drugiej stronie zwalonego drzewa. Jego radość jednak nie trwała długo, ponieważ drugą kończyną zahaczył o sterczącą gałąź. Momentalnie zwolnił czas i zaczął, jakby z boku, obserwować swój upadek. Pozbierał zamroczone myśli i próbował się ratować, wypowiadając zaklęcie lewitacji. Nieskutecznie. Coś błysnęło, huknęło, po czym różdżka wyleciała z dłoni niedoszłego maga w powietrze, a zaraz potem upadła razem ze swoim panem na ziemię.
– Kurwa! Znowu popierdoliłem zaklęcia! – zaklął, wycierając policzek ze śmierdzącego zwierzęcymi odchodami błota. – Może rzeczywiście się do tego nie nadaje. Słyszycie?! Nie nadaje się! I w dupie mam tę waszą magię! – krzyknął w próżnię, mając nadzieję, że echo poniesie desperacki głos wprost do okien jego zacnych, czekających na sukcesy syna rodziców.
Zaczął chichotać. Najpierw cicho, ledwie słyszalnie, a potem coraz głośniej i głośniej, ku przerażeniu skupionych w grupce za płotem owiec. Śmiał się tak, dopóki znów go nie zemdliło. Tym razem powstrzymał jednak torsje, wstał, otrzepał się i nieco otrzeźwiony, ale wciąż się zataczający, ruszył przed siebie.
I wtedy, kątem oka dostrzegł jakiś ruch tuż za mijaną zagrodą, na obrzeżach lasu. Przyjrzał się przez chwilę temu miejscu. Wytężył wzrok, ale niczego tam nie było. Udał, że to ignoruje, odwrócił się powoli i ukucnął. Gwiżdżąc jakąś fałszywą melodyjkę, udawał, że grzebie przy własnym bucie, kiedy naprawdę wyczekiwał kolejnego ruchu zbója. Dyskretnie sięgnął do kieszeni i chwycił za różdżkę. Na szczęście była cała. Podniósł się i gwałtownie wykonał obrót w kierunku domniemanego napastnika, celując w niego rozdygotaną ręką, zakończoną drewnianym kijkiem.
Był tam. Stał w płaszczu do ziemi, a mrok wrześniowej nocy całkowicie zacierał rysy jego twarzy. Wystraszony Talion wyseplenił pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu na myśl, posławszy w stronę zbira wiązkę niebieskich promieni. Tamten zrobił błyskawiczny unik, a stojący tuż za nim drewniany wóz rozpadł się na setki lodowych kawałków. Talion upadł, odepchnięty siłą zaklęcia, a cień znów rozpłynął się w ciemności.
Pewnie się przyczaił, żeby za chwilę znowu zaatakować – myślał Talion w panice. Nie mógł się skupić. Bał się o swoje życie, ale i kiesy mu było szkoda. W najbliżej znajdującej się chałupie nie paliły się świece, pewnie gospodarze spali głębokim snem. Zresztą było za daleko, żeby tam niepostrzeżenie dobiec, dodatkowo przeskakując kilka płotków, które w jego obecnym stanie stanowiły nie lada przeszkodę. Pomyślał o powrocie do karczmy, lecz na drodze wciąż leżał ten cholerny pień. Zanim by go pokonał, tamten już by go dopadł. Musiał się skoncentrować, a to nie było łatwe w jego stanie. Postanowił, że zacznie biec prosto przed siebie. Wbiegnie do lasu, między gęstwinę, a potem skrótem, który ostatnio znalazł, dotrze do chałupy wuja.
Cień zza płotu ożył dokładnie w tym samym momencie, w którym Talion ruszył swoistym slalomem. Biegli oboje, równolegle do siebie, ale chłopak słyszał tylko swój własny oddech i umykające spod własnych stóp kamienie. Tamten biegł bezszelestnie.
Ki piorun? Jakiś mag pierwszego stopnia? – pomyślał żałośnie, mając już w wyobraźni własny pogrzeb. Dobiegł do końca zagrody i skręcił w stronę lasu. Jednak żeby dać sobie przewagę, odwrócił się i po raz ostatni wymierzył różdżkę w przestrzeń przed sobą.
– Polimorfia! – wrzasnął łamanym głosem, a pomarańczowy promień przeszył noc, zatrzymując się na puszystym ciele przestraszonej owcy.
Zwierzę wzdrygnęło się tylko, tępymi ślepiami spojrzało na maga, jakby był niedorozwinięty, po czym odwróciło się zadem i zaczęło na powrót skubać trawę.
– Nie, nie, nie! Jak mogłeś chybić?! – po cichu skarcił sam siebie, po czym w akcie wściekłości i desperacji zawołał: – Wyłaź łotrze! Nie wiesz z kim masz do czynienia! Jam jest Talion, uczeń Therimana, wielkiego maga Ostavilionu!
Odpowiedziała mu cisza. Zrobił krok w przód, a zacieniona postać również lekko się przybliżyła. Podchodził do wroga powoli, z wyciągnięta przed siebie różdżką, zataczając się i wybałuszając wzrok, a wrogi cień zbliżał się w tym samym tempie. Wreszcie stanęli naprzeciw siebie w odległości kilku kroków. Zza chmur wyjrzał księżyc, a jego blada poświata padła na sylwetkę, dotąd ukrytą w mroku.
Zdezorientowany Talion opuścił rękę i gapił się na samego siebie z otwartą gębą. Po chwili zabłysła i szybko zgasła końcówka jego różdżki. Czar wygasł, a mętna iluzja powoli rozpłynęła się w wiejskim powietrzu.


sobota, 5 sierpnia 2017

"Pax" Sara Pennypacker


Przepiękna opowieść o przyjaźni człowieka i zwierzęcia. Przyjaźni wystawionej na wielką próbę. Ale jest to również, a może przede wszystkim, książka o wojnie, stracie, umieraniu, samotności i bólu. A wszystko to dostrzec można na cudownej okładce z zapatrzonym w dal lisem.

Po zapoznaniu się z pierwszymi rozdziałami, w moim odczuciu była na tyle smutna i momentami przygnębiająca, że bałam się ją dać do czytania córce. Jednak moja dziesięciolatka po raz kolejny zaskoczyła mnie dojrzałością. Z początku podchodziła dość sceptycznie do pozycji, w której nie będzie magii, czarodziejów, duchów, smoków i innych fantastycznych elementów. Jednak już od pierwszej strony książka ją pochłonęła. A łzy w jej oczach, które zaistniały w połączeniu z uśmiechem po przeczytaniu ostatniej strony, były najlepszą recenzją, jaką mógłby sobie wymarzyć każdy autor.

Dwunastoletni, na wpół osierocony chłopiec musi rozstać się ze swoim lisem, który przetrwał jako jedyny z miotu i dorastał wśród ludzi, w dwuosobowej rodzinie. Powodem ich rozstania jest nadchodząca wojna i wyjazd ojca na front. Chłopiec zostawia liska na leśnej drodze, a sam zostaje odwieziony do swojego dziadka, który jest mu prawie obcym człowiekiem. W ten sposób zostaje na świecie praktycznie sam, a dodatkowo martwi się o zwierzęcego przyjaciela. Wyrzuty sumienia i tęsknota każą mu wrócić. Ucieka więc z dziadkowego domu i wyrusza w daleką, niebezpieczną, pieszą podróż, do miejsca oddalonego o trzysta kilometrów, gdzie ma nadzieje znaleźć wciąż żywego przyjaciela i na nowo się nim zaopiekować.

Książka jest pisana z dwóch perspektyw - chłopca i lisa. Dzięki temu możemy sobie wyobrazić co myśli i czuje zwierzę, jak bardzo jest oddane człowiekowi, tęskni, jak się boi i w jaki sposób przystosowuje się do nowych warunków życia. Słyszymy myśli zwierząt, które wiedzą o ludziach i wojnie o wiele więcej, niż byśmy się spodziewali. W rozmowie z Paxem, stary lis alfa tłumaczy młodziakowi zawiłości ludzkiej natury:

"Człowiek odmawia pomocy głodnemu sąsiadowi, udaje, że nie ma jedzenia, chociaż jego spiżarnia jest pełna. Okazuje obojętność partnerce, którą sam wybrał. Miłym głosem zwabia owcę, by ją oddzielić od stada, a potem ją szlachtuje."

A o wojnie stary, mądry lis mówi tak:

"Jest taka choroba, która czasami dopada lisy. Sprawia, że przestają być sobą i atakują obcych. Wojna to taka choroba, tylko u ludzi.(...) Tam, gdzie żyłem z ludźmi, kiedyś przyszła wojna. Wszystko zostało zniszczone. Wszędzie był ogień. Śmierć dosięgała nie tylko zarażonych wojną dorosłych samców, ale też dzieci, matki, stare osobniki ich własnego gatunku. Wszystkie zwierzęta. Ludzie zarażeni tą chorobą niszczą wszystko na swojej drodze."

Z kolei w rozdziałach opisujących chłopca, poprzez jego przebłyski wspomnień poznajemy historię dramatu, związanego ze śmiercią mamy. Autorka niemal niepostrzeżenie przemyca przesłanie, że gniew, a nawet złość czy agresja po stracie najbliższej osoby, są normalnymi reakcjami. Bo człowiek musi wyrzucić z siebie cały ten żal i smutek, żeby móc dalej normalnie żyć. Autorka nie oszukuje młodych czytelników, nie zbywa ich suchą informacją o śmierci, ale pokazuje, że może ona się zdarzyć każdemu i w każdej chwili oraz jak wygląda potem życie tych, którzy pozostali. W tym miejscu daję duży plus za poważne traktowanie czytelników. Bo dzieci nie lubią być okłamywane, nawet dla ich dobra. One lubią znać prawdę i ta prawda im się należy. U nas książka wywołała rozmowę o śmierci, która, mam wrażenie, była bardzo potrzebna i oczyszczająca, zarówno dla mamy jak i córki.

Polecam "Paxa" starszym dzieciom oraz dorosłym, bo książka ta wymaga już pewnej dojrzałości emocjonalnej. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale mimo całego smutku, można w tej historii doszukać się pozytywnego wydźwięku, o czym świadczy wspomniany wcześniej uśmiech przez łzy ;)

piątek, 4 sierpnia 2017

"Rozświetlone akwaria" Sophie Bassignac




Po lekturze "Rozświetlonych akwariów" mam przeczucie, że książka francuskiej autorki może należeć do tych, które wzbudzają skrajne emocje - oczarowują bądź nudzą, w zależności od oczekiwań i preferencji czytelników. Miłośnicy wartkiej akcji z pewnością poczują zawód, sięgając po tę pozycję. Mnie również momentami denerwował powolny rozwój wydarzeń, ale jednocześnie powieść była na tyle wyjątkowa, że nie mogłam się od niej oderwać.

Główną bohaterką jest młoda kobieta o imieniu Claire, która postrzega świat i ludzi przez pryzmat swoich licznych fobii i zaburzeń emocjonalnych. Momentami zdawało mi się nawet, że to niewiarygodne, aby jedna osoba mogła żyć z aż tyloma lękami. W każdym razie zostały one świetnie zobrazowane. Zaś tytułowymi akwariami są okna sąsiednich mieszkań, do których zamknięta społecznie Claire zagląda wieczorami, aby nieco z ubocza poobserwować życie współmieszkańców paryskiej kamienicy. W ten właśnie sposób poznaje tajemniczego pana Ishidę - Japończyka, z którym odnajduje wspólny język i wkrótce zaprzyjaźnia się. Jednak pewnego dnia sąsiad z naprzeciwka znika, za to mieszkanie, znajdujące się nad lokum Claire zajmuje dziwny mężczyzna. I w tym miejscu rozpoczyna się wątek kryminalny, którego zakończenie nie powaliło mnie z nóg, ale też nie należało do najgorszych.

Największą zaletą książki jest elegancki, momentami niemal poetycki styl, który zbudowany jest głównie z przemyśleń i wyobrażeń Claire. Faktycznie, zgodnie z tym, co mówi okładka książki, bohaterka nieco kojarzy mi się z Amelią. Jest typem obserwatora, inna, wyobcowana, może wręcz uchodzić za wariatkę, ale ma bardzo bogate wnętrze, a jej spostrzeżenia dają wiele do myślenia. Prostolinijność i szczerość bohaterki pozwalają na zasadzie kontrastu wyłuszczyć negatywne cechy ludzi, z którymi ma do czynienia - narcyzm, egoizm, bezradność, uprzedzenia, ślepa pogoń za nieosiągalnym.

Książka pokazuje też różne odcienie miłości. Relacje Claire z mężczyznami są dość skomplikowane. Wydaje się, że sama nie wie, czego tak naprawdę od nich oczekuje. Odnosiłam wrażenie, że lęk przed dzieleniem z kimś życia, był u niej silniejszy niż trawiące ją uczucie samotności. To strasznie przygnębiające. Autorka niezwykle pięknie przedstawia też istotę miłości platonicznej między mężczyzną i kobietą.

Podsumowując, "Rozświetlone akwaria" to książka mocno refleksyjna, taka, którą należy się delektować, nie połykać. Obnażająca nasze słabości, ale też ukazująca piękno ludzkiej duszy, w całej jej skomplikowanej postaci. Wbrew pozorom, polecałabym ją również mężczyznom, bo ukazuje bardzo uniwersalne prawdy o życiu obu płci. Mówi o miłości w sposób oszczędny, bez zbędnych ochów i achów, spotykanych w romansidłach, jednocześnie pozwalając na nią spojrzeć z kilku perspektyw. Myślę, że każdy z nas może w niej odnaleźć cząstkę siebie.

środa, 26 lipca 2017

Wojownik

Tekst na wyzwanie w temacie: "Życie żołnierza wojny secesyjnej"








Chwilę po tym jak szeregowy Timothy Evans resztkami woli postanowił odwrócić się od kuszącego światła, bijącego z końca tunelu, powoli zaczęło wracać czucie i świadomość. Do snu wdzierały się jakieś dziwaczne odgłosy, coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe.

I dym.
Wyraźnie czuł duszący aromat natartego ziołami wędzonego mięsa połączony ze swądem palonego ciała. Przez szparę ledwo uchylonych powiek dostrzegł migoczący blask ognia. Wciąż wwiercający się w czaszkę obcy dźwięk z czymś mu się kojarzył. Słyszał go już wcześniej. Jego źródło rytmicznie przybliżało się i oddalało. Niepokojące zaśpiewy przy akompaniamencie drewnianych kołatek przyprawiały szeregowego o zawroty głowy. Zdawało mu się, że płynie, unosi się na wzburzonej wodzie. Bał się tego uczucia, a jednocześnie dawał się mu ponieść. Czy to możliwe, że znów był na statku? Że brał udział w niezapomnianym rejsie po Missisipi, z ojcem i rodzeństwem? Jeśli tak, dlaczego ich tu nie ma? Czemu go zostawili? A może coś im się stało. Zginęli, a on trafił w ręce konfederatów. Nie, nie, nie! To wszystko nie tak. Ojciec umarł na tyfus, gdy Tim miał zaledwie 12 lat. Więc o co tu, do cholery chodzi? Pamiętał strzały, krzyki. Rżenie koni. Bitwa. Przypomniał sobie. Czy to się działo naprawdę? Jeśli tak, to gdzie jest teraz?
Zmusił się, aby szerzej otworzyć oczy i dostrzegł niewielką postać - mężczyznę o długich, siwych włosach, a tuż nad jego głową pełen piór, trzęsący się orli zadek.
Pióropusz.
Znalezienie odpowiedniego słowa we wciąż półprzytomnym umyśle zajęło mu dłuższa chwilę. Tymczasem mężczyzna przestał się kiwać nad tułowiem szeregowego. Stanął u jego stóp i trzymając nad twarzą jakiś pojemnik, po raz ostatni zawył w bezkresną pustkę nocy. Potem pochylił się nad nogami leżącego i wyciągnął rękę ku jednej z nich. Timowi było wszystko jedno. Był taki senny, zmęczony.
Nagle rozrywający ból łydki wstrząsnął jego bezwładnym dotąd ciałem. Szeregowy wrzasnął, oblał się zimnym potem i znów odpłynął.

*

Obudził się po środku spalonej słońcem prerii. Siedział na karym koniu i mierzył z opartego o ramię springfielda w zmierzających prosto na niego, rozwścieczonych piechurów. Na horyzoncie dojrzał trzepoczącą czerwoną flagę z charakterystycznym niebieskim krzyżem świętego Andrzeja i trzynastoma białymi gwiazdami na jego ramionach. Strzelił w jej kierunku, a trzymający ją żołnierz padł martwy na ziemię. Flaga zniknęła z pola widzenia. 
To niemożliwe - pomyślał. To już się wydarzyło. Ja śnię. 
Nie miał jednak czasu na rozmyślanie, bo wroga armia zbliżała się w takim tempie, jakby jakaś nadprzyrodzona istota dodawała jej sił. Gwałtownie szarpnął wodze i zwrócił konia na północ. Choć nie lubił tego robić, ściągnął łydki i wbił ostrogi głęboko w skórę zwierzęcia. Koń parsknął, postawił się dęba i ruszył przed siebie. Wkrótce galop przerodził się w szalony cwał. 
Tim polegał na swojej Błyskawicy i ufał jej bezgranicznie. Od trzech lat wybawiała go z opresji i służyła towarzystwem, kiedy ludzie okazywali się być zbyt irytujący. A teraz mógł liczyć tylko na nią i na to, że kule wroga jakimś cudem zmienią trajektorię lotu. Szeregowy Evans obejrzał się po raz ostatni i w tym momencie jeden z pocisków przeszył jego prawą łydkę. Znał ten ból i spodziewał się go. Wiedział jednak, że dostał tylko rykoszetem, a jego ranę stanowiła zaledwie niewielka wyrwa spowodowana odłamkiem wielkości paznokcia. Gdyby oberwał centralnie, z jego nogi zostałaby tylko krwawa miazga i zwisające z kości, poszarpane mięso. Niestety, wiedział też, w co uderzyła reszta ołowianego pocisku.
Klacz zatrzymała się gwałtownie, zrzucając jeźdźca kilka metrów dalej, w zakurzony dywan zeschniętych traw. Padła, wyciągając kopyta. Nawet nie zarżała. Tim resztkami sił doczołgał się do wielkiego, lśniącego czernią łba. Położył dłoń na ciężko sapiących chrapach. Oko Błyskawicy spoglądało na niego tak mądrze, jak chyba nigdy dotąd. Po wykrzywionym bólem pysku spłynęła wielka, czysta łza. Szeregowy przełknął ślinę i zmusił się, aby spojrzeć na bok konia. Był mocno rozerwany. Spod strzępów mięśni gdzieniegdzie wyglądały kości żeber. Szybko odwrócił wzrok. 
Wrogowie byli już blisko. Zamknął oczy i zaczął się modlić o szybką śmierć, lecz w tej samej chwili, nie wiadomo skąd nadjechała odsiecz. Jego oddział. Wtargnął konno w tłum napierających piechurów. Szable siekały na wszystkie strony, zalewając pole morzem czerwonej posoki. Tim wiedział, że nie może zostać przy wciąż dychającej Błyskawicy. Musiał uciekać w las. Ranny i bez konia nie miał szans na przeżycie w samym środku bitwy. W bólem serca odczołgał się na bok i, zbierając w sobie wszystkie siły, wstał, aby poczłapać w kierunku drzew. Strach dodawał mu sił. Wbiegł między niskie sosny i, opierając się o ich liche pnie, zagłębił się w cieniu zagajnika. Postanowił odnaleźć strumień, a potem pójść wzdłuż niego, aby dotrzeć do obozu. Czekały go jakieś dwa dni drogi, ale trzymając się wody miał szanse na przetrwanie. Pod warunkiem, że w ranę nie wda się gangrena. Mógł też zaczekać jak rozstrzygnie się bitwa i liczyć na pomoc swoich, ale  zerkając zza konającej klaczy, uświadomił sobie o dużej przewadze liczebnej przeciwnika i nie sądził, aby któryś z jego kompanów miał szansę przeżyć.
Gdy znacznie oddalił się od pola walki, usiadł na jednym z wielkich kamieni, rozdarł spodnie i przemył ranę wodą ze strumienia. Uczucie chłodu koiło ból, więc po chwili zanurzył ją w rwącym nurcie aż po kolano. Odetchnął na chwilę. Jego myśli wróciły do Błyskawicy. Stara, poczciwa klacz. Uświadomił sobie, że była jego jedyną rodziną, jeśli tak można powiedzieć o zwierzęciu. Zacisnął powieki i zapłakał. Czuł nienawiść, żal, rządzę zemsty. Ale nade wszystko dręczył go niepokój. Ona tam wciąż leży. A jeśli jeszcze nie wyzionęła ducha? Jeśli wciąż kona w męczarniach, przerażona, spragniona? Samotna...
Chwycił wiszący na ramieniu karabin i umieścił w nim pocisk. Następnie sięgnął do kapiszonownika i wygrzebał jeden z naboi. Umieścił go na odpowiednim miejscu, aby broń była w gotowości. Skrzywił się na myśl o tym, co musi zrobić, ale też ze strachu przed tym, co zastanie na miejscu bitwy. Prawdopodobieństwo natknięcia się na wroga było bardzo duże.
Pociągnął nosem, odganiając niechcianą, chwilową słabość. Bezmyślnie poderwał się na równe nogi, ale ból momentalnie o sobie przypomniał. Przeklął na cały głos, potem szybko zacisnął zęby i podążył w kierunku, z którego przybył. Las powoli zatapiał się w wieczornym mroku.

*

Szeregowy Timothy Evans poczuł słodki, kwiatowy zapach. Leżał na twardej desce, wyścielonej bawolą skórą. Mężczyzna w pióropuszu wreszcie zamilkł. Kątem oka dostrzegł go, siedzącego w najgłębszym cieniu namiotu. Nie był tym faktem jakoś szczególnie zmartwiony. Dzikus z pomalowaną twarzą napawał go lękiem i wolał go oglądać z pewnej odległości. Jego oczom za to ukazał się o wiele przyjemniejszy i ciekawszy widok. Obiekt, z którego dochodził delikatny zapaszek, właśnie się nad nim pochylał, łaskocząc nagi tors długimi, prostymi włosami. Dziewczyna zmieniała okład na czole, nasączony jakąś aromatyczną substancją, kiedy ranny chwycił ją za rękę. Przelękła się i wyszarpnęła z uścisku.

- Nie bój się. Chcę tylko o coś spytać - powiedział łagodnie, wypuszczając jej rękę.
Odpowiedziała niezrozumiałą wiązanką słów i obejrzała się za siebie, jakby w poszukiwaniu wsparcia, ale wyglądało na to, że wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Na zewnątrz dało się słyszeć rozmowy i śmiechy, brzęczące naczynia oraz trzask ognia.
- Gdzie ja jestem? - odezwał się najciszej jak potrafił. Nie chciał budzić starca o orlej głowie.
- Tu wioska Czerwony Bizon - wydukała pośpiesznie. - Ty ranny.
- Ale dlaczego...? Jestem żołnierzem. Białym! Dlaczego mi pomagacie? - Uniósł się na łokciach, ale szybko opadł, gdy poczuł pulsujący w łydce, znajomy ból. Znów oblał się potem. Dziewczyna o brązowych oczach i pełnych ustach zanurzyła szmatę w drewnianej misce, wycisnęła ją i wytarła z czoła żołnierza malutkie kropelki. Przyłożyła do ust palec i spojrzała wymownie, najpierw na Tima, potem na starca, który właśnie odruchowo szarpnął opadającą we śnie głowę.
- Rwąca Rzeka być zmęczony. Ratować cię cała noc. - Wstrzymała na chwilę oddech, po czym niepewnie położyła swoją dłoń na piersi nieznajomego i dodała: - Ty być wojownik.
- No tak, przecież mówię, że jestem żołnierzem - nie wiedział, czy go rozumiała.
- Nie. - Pokręciła głową. - Ty być wojownik Guarani. Mieć czysta dusza. Ostry Kieł widzieć jak ty uwalniać zwierzę. Duchy przodkowie być tobie wdzięczność.

Skłoniła się nisko i odeszła. Uchylając płachtę namiotu jeszcze raz spojrzała na szeregowego Evansa, a w jej pięknych, brązowych oczach zabłysły iskierki.















niedziela, 23 lipca 2017

Dar


Tekst stworzony na lipcowe wyzwanie o temacie: "Bohater przeżywa pierwsze spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji"


Na szczycie wzgórza panowała przejmująca cisza. Stałem na niewielkiej polanie, pośród kręgu buków. W napięciu odliczałem uderzenia serca, czekając na moment przybycia. Wszystko dokładnie tak, jak w przepowiedni. Dwa... trzy... cztery...

I nagły świst.

Spadały z góry, z czarnej przestrzeni, upstrzonej milionem gwiazd. Nim doliczyłem do pięciu, gałęzie jednego z drzew, stojących w zwartym kręgu, ugięły się pod pierwszym silnym uderzeniem. Chwilę potem jego los podzieliły kolejne i następne. Trzask łamanych konarów i burza spadających liści przerwały pustkę wyczekiwania niczym armatnia salwa. Odruchowo zasłoniłem uszy. Bombardowanie wkrótce ustało i powróciła cisza. Zdałem sobie sprawę, że w tym wszystkim była ona najgorsza. Wiedziałem bowiem, że nadszedł moment konfrontacji. Dyskretnie chwyciłem przypiętą do pasa ręczną kuszę, a z pleców zrzuciłem ciężki worek.

Czekałem.

Nagle, delikatnie poruszyło się drzewo, które w nierównym starciu z obcym ucierpiało jako pierwsze. Po jego pniu, w nieodgadniony dla mnie sposób, gładko ześliznęła się smukła postać. Chropowata kora nie stanowiła dla niej żadnej przeszkody, nijak nie hamowała płynnego ruchu. Przybysz zetknąwszy się z ziemią, ugiął lekko dolne kończyny, o dziwo, zupełnie podobne do ludzkich i powoli podniósł na mnie wzrok. Zamarłem, oblany potem. To przeszywające, błyszczące spojrzenie wwiercało się w moją świadomość, jakby chciało coś z niej wyłuskać. W dodatku czułem, że jestem obserwowany nie tylko przez tę jedną parę pozaziemskich oczu. Wysoko, w koronach drzew, czaiła się ich niezliczona ilość.

Obcy wyprostował sylwetkę. Nie byłem pewien czy blada, lekko sina powłoka przylegająca do ciała była skórą, czy idealnie elastyczną, pozaziemską tkaniną. Z każdą sekundą spośród cienia zaczęły się wyłaniać kolejne, obłe, łudząco kobiece kształty.  Jako pierwsze moją uwagę przykuły nieziemsko długie nogi, z pięknie ukształtowanymi łydkami, a zakończone perfekcyjnym łukiem bioder. Między wąską talią, a szerokimi ramionami wybrzuszały się dwie okrągłe piersi. O ile wzrok mnie nie mylił, różniące się od tych rodzimych brakiem sutków. Są prawie jak my - pomyślałem. Jednak szybko zmieniłem zdanie, gdy postać zrobiła kilka kroków w moją stronę.

Jej twarz... miała w sobie jakieś niewytłumaczalne piękno, jednak trudno było wyczytać z niej cechy typowo kobiece lub męskie. Coś, co z pewnością pełniło funkcję włosów, oplatało szczupłą głowę niczym plątanina zrośniętych korzeni, wśród której nie dostrzegłem uszu. Ale to, co mnie najbardziej paraliżowało, było w jej oczach. Stała kilka kroków dalej, wpatrująca się w skuloną osobę ziemskiego kowala, ale sprawiała wrażenie nieobecnej. Nie patrzyła na mnie, tylko we mnie. Niby każdy szczegół jej wyglądu zgadzał się z przekazywanymi podaniami, jednak słyszeć o tych istotach, a zobaczyć je tudzież uczestniczyć w bliskim spotkaniu, to całkiem co innego.

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, wziąłem głęboki wdech i powoli sięgnąłem po leżący pod nogami worek. Nie spuszczając wzroku z obcej istoty, uniosłem go lekko ponad własną głowę, po czym wypowiedziałem słowa, które wpajano mi niemal od urodzenia. Karkołomna plątanina obco brzmiących wyrazów i gardłowych, przypominających zwierzęce odgłosów wdarła się w nocną pustkę, przerywając napięcie, które zdążyło już osiągnąć zenit.

Istota otworzyła wąskie usta i odpowiedziała bezzwłocznie, podobną wiązanką dźwięków, po czym wyciągnęła obie ręce przed siebie. Wiedziałem, co w tym momencie muszę zrobić, lecz nogi mimo woli wrosły mi w ziemię. Przygotowywałeś się do tego od lat. Oni pokładają w tobie nadzieję - powtarzałem w myślach, by dodać sobie otuchy. Bałem się. Miałem prawo się bać. Na temat przepowiedni wiedziałem wszystko, prócz jednego, acz dość znaczącego szczegółu. Nie miałem pojęcia jak zakończy się nasze spotkanie. Czy obcy, prócz zawartości jutowego worka, nie zażądają również ofiary z człowieczego posłańca. Liczyłem się z taką możliwością. Myśl ta wprawiła moją uniesioną rękę w niekontrolowany, dygoczący ruch. Prawie bezwiednie ruszyłem do przodu. Obca postać wciąż cierpliwie czekała na wielki dar ludzkości. Jeśli można nazwać darem coś, co było nam odbierane niemal siłą.

Nasze ręce wreszcie się spotkały. Stary worek stał się w tym momencie łącznikiem pomiędzy dwoma światami. Blada istota oplotła wokół niego długie palce. Poczułem ciepłe muśnięcie na wciąż trzęsącej się dłoni i czym prędzej ją cofnąłem. Istota chwyciła worek obiema rękami, rozchyliła ciasno związany sznur i zajrzała do środka, po czym ponownie go zacisnęła. Lekko uniosła głowę ku drzewom, a następnie wydała przenikliwy odgłos, mający pewnie oznaczać, że zdobyła to, po co przybyła. Pragnąłem, by to wszystko się już skończyło. Jeśli miałem zginąć, chciałem, aby nastąpiło to jak najszybciej. Z każdą sekundą strach odbierał mi zmysły, sprawiał, że chciałem się skulić i pozostać w tej formie na wieczność. Żywy lub martwy. Jednak jakaś wewnętrzna, zupełnie irracjonalna duma kazała mi stać prosto i czekać na to, co się wydarzy.

Z ulgą stwierdziłem, że stojąca przede mną postać nie zadawała się dłużej okazywać zainteresowania moją osobą. Skłoniła głowę i nagle zza jej pleców wystrzeliły na boki ogromne, upierzone na czarno skrzydła. Poczułem na policzkach podmuch wytworzonego przez nie wiatru. Ten widok przerósł moje wszelkie wyobrażenia. Stałem jak zamurowany, kiedy obca istota wprawiła skrzydła w ruch i uniosła się lekko ponad ziemię. Mocno ściskając stary worek, wystrzeliła w czerń nocy, prowokując tym samym swoich towarzyszy do wspólnego odlotu. Ich sylwetki stopniowo malały, aż wreszcie całkiem zniknęły w ciemnościach, a ja opadłem na ziemię wraz z dziesiątkiem strąconych liści.


czwartek, 13 lipca 2017

Przed pasterką



 Pani Krystyna z trudem pokonywała ostatnie schody kamienicy. Co dzień mierzyła się z Mont Everestem trzeciego piętra i co dzień zdobywała szczyt, który za każdym razem wydawał się bardziej odległy. Czuła ogromne zmęczenie. Odstała prawie godzinę w kolejce za karpiem, a potem, przez całą drogę powrotną walczyła o równowagę na oblodzonym chodniku. Był wprawdzie sypnięty piachem, jednak dozorca zbytnio się nie przyłożył.
Schody zdawały się spoglądać na staruszkę z wyższością. Ostatnimi siłami wciągała za sobą wózek z zakupami, stopień po stopniu. 
Młody Petrykowski przeleciał obok niczym huragan, wywołując u sąsiadki chwilową dezorientację. Zakręcając na półpiętrze, potrącił zdezelowany wózek.
- Dzień dobry - wymamrotał pod nosem.
- Uważaj jak leziesz, gnojku - zaskrzeczała głosem starej wiedźmy. 
Chciała jeszcze dodać coś o zepsutej młodzieży, lecz zabrakło jej powietrza. Walczyła o każdy oddech. Koncentrowała się na stopniach. Jeszcze jeden... i ostatni.
Stanęła przed drzwiami z numerem osiem i drżącą ręką wycelowała kluczem w dziurkę. W przedpokoju zdjęła buty, płacz, a wózek postawiła pod ścianą. Karpiowi podarowała ostatnie chwile nędznego życia, wpuszczając go do wanny. Zauważyła na jej ściankach brudny osad, który miała wyczyścić już dawno temu. Byle przed pasterką.
- Nie masz tu za pięknie, bracie - powiedziała, śledząc wzrokiem powolne ruchy stworzenia - ale lepsze to niż sterylna biel. Białe ściany zwiastują śmierć.
Poruszała się w zwolnionym tempie, ostrożnie, jakby obawiała się złamania przy każdym ruchu.
Zajrzała do pokoju.
- Śpisz, Stasiu? - rzuciła w kierunku dużego fotela, skierowanego tyłem do wejścia, frontem zaś do włączonego telewizora. Na podłokietniku spokojnie spoczywała pomarszczona, plamista ręka. - Długo mnie nie było, bo musiałam odstać swoje za rybą. Pewnie jesteś głodny, ale musisz jeszcze zaczekać. Odgrzeję rosół, jak tylko dłonie odtają.
Wróciła do kuchni. Wyciągnęła z pudełka zapałkę i precyzyjnie ułożyła ją między powykrzywianymi palcami, jak dziecko, które dopiero zaczyna naukę pisania nowym długopisem. Energicznym ruchem potarła draskę. Zapałka zasyczała, ale upadła na podłogę i zgasła. Drugiej i trzeciej również nie udało się zapalić. Minęła dobra minuta zanim na kuchence pojawił się niebieski płomień. Kobieta odetchnęła. Postawiła mały garnuszek z rosołem na gazie i osunęła się na taboret.
Obudził ją świst czajnika. Wstawiałam wodę? Wyłączyła ogień i świst stopniowo się wygłuszył. Ostrożnie nalała wrzącą zupę do bulionetki i weszła z tacą do pokoju. Stanęła za fotelem, a potem z trudem podepchnęła go do stołu. Małe kółeczka zaskrzypiały przeciągle. Usiadła na krześle obok męża i nabrała na łyżkę pierwszą porcję. Podmuchała.
- Przydrzemałam i za mocno się ugrzało.
Mężczyzna nie spojrzał na żonę. Jego wykrzywiona twarz niewiele zdradzała. Jedyne, co można było z niej wyczytać to ból. 
Zbliżyła łyżkę do twarzy męża.
- Jedz Stasiu. Człowiek musi jeść, choćby nie miał ochoty. 
Drżącą dłonią wlała porcję rosołu w rozchylone usta. Niemal cała zawartość wylądowała na dużym śliniaku z tetrowej pieluchy, owiniętym wokół szyi.
- Chyba nie chcesz znów kroplówki, przypomnij sobie jakie to nieprzyjemne. Nie wystarczy ci, że dostajesz codziennie iglę w dupę? Nie patrz tak na mnie. To nie moja wina, że nie łykasz tabletek, a serce bez leków długo nie pociągnie, pamiętasz co mówił ten konował z pogotowia? Codziennie zastrzyk rano i wieczorem. - Nabrała kolejną łyżkę i znów podmuchała. - Nie chciał wystawić recepty na zaś, bo to nie jego obowiązek. Też coś, żeby stara kobieta musiała specjalnie fatygować się po receptę. Co to za świat, co za ludzie, Stasiu? Bez serca, bez litości. Jedz, Stasiu, jedz.
Kolejne porcje tłustego płynu wciąż ściekały po brodzie. 
- Mógłbyś się bardziej postarać, pomóż mi kapkę. No, ruszaj tą starą gębą! Przecież ja nie mam dwudziestu lat, żeby to wszystko na okrągło prać. - Rzuciła łyżkę na wyszywany obrus. Zawyła z żalu i zakryła twarz.- Kiedy to wszystko się skończy, kiedy skończy?
W telewizji głos spikera obojętnym tonem ogłosił kolejny zamach bombowy. - Mogli by na nas zrzucić jedną. - Przetarła łzy rękawem. Przesunęła niedokończoną zupę na środek stołu. Podniosła się z grymasem bólu i podsunęła fotel męża z powrotem przed telewizor. 
- Pooglądaj sobie, wiem jak lubisz słuchać tych idiotów z sejmu. - Wzięła z komody grzebień, pamiętający czasy młodości i zanurzyła go w pożółkłej siwiźnie starca. - Ustawa o równości. Chłop z chłopem i baba z babą. Do czego ten świat zmierza? Jeszcze dzieci im chcą dać na wychowanie. Sodoma i Gomora... Siedź spokojnie, Stasiu, bo cię zadrapię.
Czesanie męża było relaksujące. Robiła to odruchowo, wpatrując się w kamienicę za oknem. 
- Wanda mówi, że powinnam cię oddać. No wiesz, do tego hopspicjum. Takie teraz nazwy wymyślają, że se język można złamać. A to przecież zwykła umieralnia. Mówi, że tam będzie ci lepiej, że będziesz miał lepszą opiekę. A co ona może wiedzieć, Stasiu? Tam ci nie zrobią takiej pomidorowej z prawdziwych pomidorów z targu, ani teleekspresu nie włączą na czas, bo akurat będą się zajmować kimś innym. A ty im przecież nie powiesz. A ja znam twoje fanaberie, stary pryku. - Zaśmiała się i znów usiadła na krześle. - Wiesz, mi się wydaje, że przez tyle lat, to człowiek przejmuje cząstkę duszy tego drugiego i przez to wie, co mu trzeba. Jak myślisz, Stasiu?
Położyła ręce płasko na stole, a na nich głowę. 
- Jestem taka zmęczona, a jeszcze muszę karpia oprawić. Gdyby nie twoje zasrane tradycje, to bym go wcale nie robiła. Zawsze się upierałeś przy karpiu. Jeszcze jak była Malwinka, to jedliście go oboje. A teraz tylko ty. Tylko ty, Stasiu.
Zamknęła oczy i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. W telewizji puścili kolędy.

*
Kierowca karetki spostrzegł lekarkę wychodzącą z kamienicy. W jednej ręce trzymała walizkę medyczną, w drugiej - reklamówkę z Biedronki. Tuż za nią, z dymiących drzwi wyłoniło się jeszcze dwóch strażaków. Kierowca pochylił się nad siedzeniem pasażera i otworzył koleżance drzwi. 
- Dobrze, że to ostatni wyjazd dzisiaj - powiedziała i wydychając powietrze, oparła się zagłówek.
- Kolejna nieszczelna instalacja? - spytał od niechcenia, myśląc o jej pełnych ustach.
- Tym razem ścierka kuchenna zostawiona zbyt blisko ognia. Meble się zajęły - odpowiedziała i rzuciła chłopakowi karty zgonu. - Dwoje staruszków. Dwa trupy.
- Ładnie - rzucił, przeglądając dokumenty. - Ale tylko jeden w wyniku zaczadzenia. Drugi - przyczyna nieznana? Dziwne. - Spojrzał na kobietę pytająco.
- Ano, dziwne. Jak na moje oko staruszek nie żyje od kilku tygodni.
Spojrzała na zdumioną twarz kolegi i wręczyła mu reklamówkę.
- Przygarniesz karpia?


"Demon" Łukasz Henel


Nie czytałam wcześniejszych powieści pana Henela, więc podeszłam do tej pozycji bez żadnych skojarzeń, porównań, uprzedzeń, za to z dużym entuzjazmem.
Niestety książka trochę mnie rozczarowała. Mega pozytywne recenzje tak rozbudziły moje oczekiwania, że spodziewałam się czegoś naprawdę wyjątkowego, oryginalnego, czegoś, co mnie zaskoczy, a przede wszystkim postawi włosy na głowie. W tej ostatniej kwestii największą robotę można przypisać okładce - jest naprawdę straszna.
Odnosząc się do treści, nie mogę powiedzieć, że książka jest zła. Są dobre, przerażające momenty. Ale to raczej na początku. Później nastąpił u mnie chyba przesyt grozy i nadnaturalnych zjawisk, które niczym oryginalnym się nie cechowały, były powtarzalne i pod koniec zwyczajnie się nudziłam.
Wymienię swoje zastrzeżenia, które przeszkadzały mi w odbiorze tej historii:

- Wspomniany już nadmiar zjawisk paranormalnych - demon w postaci Niemca, zombie, wampir, straszy tu, straszy tam, co chwilę coś strasznego, ale jakby bez budowania napięcia. Nie zdążyłam się nakręcić, a tu już kolejna scena grozy.
- Mnóstwo powtórzeń, co uważam za błąd redakcji, bo każdy autor powtórzenia robi, ale to powinno być wyłapywane w procesie wydawniczym (tak mi się wydaje); kumulacja powtórzeń na stronie 321, gdzie słowo "pomieszczenie" wystąpiło 5 razy w jednym akapicie.
- Momentami zabrakło mi logiki. Już na samym początku, gdy ksiądz najpierw wygłasza kazanie, a potem dzieci komunijne wchodzą do kościoła; wnioskuję, że przez pół godziny stały na zewnątrz z niewiadomego powodu. Poza tym kazanie o Hiobie na takiej uroczystości wydaje mi się też niezbyt na miejscu (może dlatego dzieci stały na zewnątrz, żeby nie słyszeć tych okropności ;) ). Inna, zapalająca u mnie czerwone światło sytuacja to rozmowa z proboszczem, który ochoczo opowiada obcemu mężczyźnie o zjawiskach paranormalnych, jakie mają miejsce w okolicy, niczym przekupka na targu. Zwykle duchowni są raczej powściągliwi w wyrażaniu opinii na temat takich zjawisk. Jest to dla mnie mało wiarygodne, a jeśli to sam demon wpłynął na takie zachowanie księdza, powinno to być jakoś wyraźniej zaznaczone, wytłumaczone.
- Irytowały mnie też filozoficzne wtrącenia, trochę oderwane od narracji, jakby instruujące co, jak i dlaczego dzieje się na świecie, jakby pisane z pozycji narratora, nie bohatera.
- Brakowało mi tajemnicy, jakiegoś napięcia, zaskoczenia, przed półmetkiem już wiedziałam o co chodzi i jak prawdopodobnie opowieść się skończy 
--
 - I na koniec coś najistotniejszego - nie polubiłam głównego bohatera (nie mam tu na myśli demona
), mimo, że policjant przeżywał straszne momenty w życiu, nie potrafiłam mu współczuć, bać się o niego, itd. Był dla mnie prawie przezroczystą postacią. A stało się tak pewnie dlatego, że nie miałam możliwości poznać go jako męża, ojca, w zwykłych życiowych sytuacjach. Pojawił się nagle i niejako wtopił w akcję. Nawet nie bardzo wierzyłam w jego ból po stracie najbliższych. 

Podsumowałabym w ten sposób: Po przeczytaniu połowy książki, zmuszałam się, żeby ponownie ją otwierać. Cała fabuła pewnie byłaby całkiem zjadliwa, gdyby nie zniechęcający momentami styl oraz niewyłapane błędy. Nie jest to debiut tego autora, ale wyraźnie można odczuć nie wyrobione jeszcze pióro. 

"Nowy dom na Wyrębach" Stefan Darda


Emocjonalnie uwikłana w losy Marka Leśniewskiego z pierwszego tomu "Domu na Wyrębach", z ciekawością małego dziecka sięgnęłam po kolejną część książki. Po lekturze mam trochę mieszane uczucia. Ale po kolei.

Jak już pewnie większości zainteresowanych wiadomo, w "Nowym domu na Wyrębach" pałeczkę głównego bohatera przejmuje Hubert Kosmala, jedyny przyjaciel Leśniewskiego. Cieszyłam się na tę okoliczność, bo charakterystyczna postać pana profesora, którą polubiłam na równi z Markiem, jeśli nie bardziej, zapowiadała nie lada ucztę czytelniczą. Okazało się jednak, że to nie jest już do końca ten sam człowiek. Wydarzenia, które zakończyły pierwszy tom dość mocno wpłynęły na wewnętrzną przemianę pana Kosmali. Siarczysty język nieco złagodniał, czupurny sposób bycia przygasł, a życie wewnętrzne nabrało głębi i mroku. Trudna sytuacja znalazła również odbicie w relacji małżeńskiej bohatera. W tym miejscu plusik dla autora za wiarygodność i umiejętne wprowadzenie zmian, bez szkody dla postaci.

Zdaje się, że pan Darda tym razem troszkę po macoszemu potraktował przyrodę, która w pierwszej części była na pierwszym planie powieści. Ale to też wyszło na plus. Skoro już wcześniej poznaliśmy piękno Wyrębów, to kolejne przydługie opisy mogły by niepotrzebnie wyhamowywać akcję.

Zostaje też wprowadzony inny punkt widzenia w postaci zapisków Ewy, koleżanki Marka i Huberta, co nadaje powieści trójwymiarowość, a jednocześnie jest ciekawym zabiegiem, wplatającym pewien tajemniczy wątek. 

Powieść ma charakterystyczny, duszny klimat, do czego pan Darda zdążył mnie już przyzwyczaić. Niby nic szczególnie strasznego się nie dzieje, a ciężko zamknąć książkę bez przeczytania kolejnego rozdziału. Jest tylko kilka nużących momentów, które niewiele wnoszą do fabuły, ale zdaję sobie sprawę, że są one potrzebne dla utrzymania ciągłości wydarzeń i również wiarygodności. Obok zagadki Wyrębów, życie toczy się przecież swoim torem.

Ale żeby nie było tak idealnie, odrobinę brakowało mi takiego czystego, gwałtownego strachu. Moje napięcie było budowane bardzo powoli, z rozdziału na rozdział czekałam na jakieś BUM, które było wciąż odraczane i nastąpiło dopiero na samym końcu książki. Zwolennicy zjaw, krwawych scen, latających flaków i zła w czystej postaci mogą być nieco rozczarowani. Jest ich na pewno mniej, niż w pierwszym tomie (gdzie, umówmy się, też się od tego nie przelewało). Jednak dla mnie, tego typu groza to prawdziwa uczta, bo wolę czuć niedosyt, niż przesyt. Z jednej strony, byłam zła, że te, istotne dla gatunku momenty, były tak skąpo dawkowane, a z drugiej - zabieg ten wciągnął mnie w powieść po uszy i utrzymywał pragnienie poznawania, dociekania, odkrywania do ostatniej strony.

Bardzo odpowiada mi styl pana Dardy. Język jest wyważony, dość prosty, płynny, a brak powtórzeń czy kiksów stylistycznych sprawia, że lektura jest przyjemna i nic nie przeszkadza mi w przeniesieniu się w wykreowany przez autora świat. Szczególnie ujęła mnie jedna z metafor na początku książki, ale nie będę zdradzać która ;)

Na koniec o czymś, co jest dla mnie najistotniejsze - uczucia względem bohaterów. Jak i w poprzednich książkach tego autora, tak również w przypadku "Nowego domu na Wyrębach" czuję się emocjonalnie związana z głównymi postaciami. Są to emocje różnego typu: sympatia, troska, współczucie, odraza, złość. Obecność tychże emocji jest sygnałem, że pan Darda po raz kolejny wykonał dobrą robotę, bo umiejętnie podrażnił najczulsze punkty mojej wrażliwości. A książka bez emocjonalnego zaangażowania czytelnika byłaby po prostu nijaka, płytka i niewarta poświęconego czasu.

Podsumowując:
Lekturę uznaję za bardzo przyjemną, z tylko nieznacznym poczuciem niedosytu. Drugi tom cyklu o Wyrębach nieco różni się natężeniem grozy i ogólną strukturą od pierwszego, a poprzez wprowadzenie nowych, jeszcze nie wyjaśnionych wątków, jawi się w moich oczach jako przejściowy etap, wprowadzenie do części trzeciej, która mam nadzieję, jak najszybciej ukaże się na księgarnianych półkach, a wtedy znajdzie też miejsce w mojej biblioteczce.