niedziela, 23 lipca 2017

Dar


Tekst stworzony na lipcowe wyzwanie o temacie: "Bohater przeżywa pierwsze spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji"


Na szczycie wzgórza panowała przejmująca cisza. Stałem na niewielkiej polanie, pośród kręgu buków. W napięciu odliczałem uderzenia serca, czekając na moment przybycia. Wszystko dokładnie tak, jak w przepowiedni. Dwa... trzy... cztery...

I nagły świst.

Spadały z góry, z czarnej przestrzeni, upstrzonej milionem gwiazd. Nim doliczyłem do pięciu, gałęzie jednego z drzew, stojących w zwartym kręgu, ugięły się pod pierwszym silnym uderzeniem. Chwilę potem jego los podzieliły kolejne i następne. Trzask łamanych konarów i burza spadających liści przerwały pustkę wyczekiwania niczym armatnia salwa. Odruchowo zasłoniłem uszy. Bombardowanie wkrótce ustało i powróciła cisza. Zdałem sobie sprawę, że w tym wszystkim była ona najgorsza. Wiedziałem bowiem, że nadszedł moment konfrontacji. Dyskretnie chwyciłem przypiętą do pasa ręczną kuszę, a z pleców zrzuciłem ciężki worek.

Czekałem.

Nagle, delikatnie poruszyło się drzewo, które w nierównym starciu z obcym ucierpiało jako pierwsze. Po jego pniu, w nieodgadniony dla mnie sposób, gładko ześliznęła się smukła postać. Chropowata kora nie stanowiła dla niej żadnej przeszkody, nijak nie hamowała płynnego ruchu. Przybysz zetknąwszy się z ziemią, ugiął lekko dolne kończyny, o dziwo, zupełnie podobne do ludzkich i powoli podniósł na mnie wzrok. Zamarłem, oblany potem. To przeszywające, błyszczące spojrzenie wwiercało się w moją świadomość, jakby chciało coś z niej wyłuskać. W dodatku czułem, że jestem obserwowany nie tylko przez tę jedną parę pozaziemskich oczu. Wysoko, w koronach drzew, czaiła się ich niezliczona ilość.

Obcy wyprostował sylwetkę. Nie byłem pewien czy blada, lekko sina powłoka przylegająca do ciała była skórą, czy idealnie elastyczną, pozaziemską tkaniną. Z każdą sekundą spośród cienia zaczęły się wyłaniać kolejne, obłe, łudząco kobiece kształty.  Jako pierwsze moją uwagę przykuły nieziemsko długie nogi, z pięknie ukształtowanymi łydkami, a zakończone perfekcyjnym łukiem bioder. Między wąską talią, a szerokimi ramionami wybrzuszały się dwie okrągłe piersi. O ile wzrok mnie nie mylił, różniące się od tych rodzimych brakiem sutków. Są prawie jak my - pomyślałem. Jednak szybko zmieniłem zdanie, gdy postać zrobiła kilka kroków w moją stronę.

Jej twarz... miała w sobie jakieś niewytłumaczalne piękno, jednak trudno było wyczytać z niej cechy typowo kobiece lub męskie. Coś, co z pewnością pełniło funkcję włosów, oplatało szczupłą głowę niczym plątanina zrośniętych korzeni, wśród której nie dostrzegłem uszu. Ale to, co mnie najbardziej paraliżowało, było w jej oczach. Stała kilka kroków dalej, wpatrująca się w skuloną osobę ziemskiego kowala, ale sprawiała wrażenie nieobecnej. Nie patrzyła na mnie, tylko we mnie. Niby każdy szczegół jej wyglądu zgadzał się z przekazywanymi podaniami, jednak słyszeć o tych istotach, a zobaczyć je tudzież uczestniczyć w bliskim spotkaniu, to całkiem co innego.

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, wziąłem głęboki wdech i powoli sięgnąłem po leżący pod nogami worek. Nie spuszczając wzroku z obcej istoty, uniosłem go lekko ponad własną głowę, po czym wypowiedziałem słowa, które wpajano mi niemal od urodzenia. Karkołomna plątanina obco brzmiących wyrazów i gardłowych, przypominających zwierzęce odgłosów wdarła się w nocną pustkę, przerywając napięcie, które zdążyło już osiągnąć zenit.

Istota otworzyła wąskie usta i odpowiedziała bezzwłocznie, podobną wiązanką dźwięków, po czym wyciągnęła obie ręce przed siebie. Wiedziałem, co w tym momencie muszę zrobić, lecz nogi mimo woli wrosły mi w ziemię. Przygotowywałeś się do tego od lat. Oni pokładają w tobie nadzieję - powtarzałem w myślach, by dodać sobie otuchy. Bałem się. Miałem prawo się bać. Na temat przepowiedni wiedziałem wszystko, prócz jednego, acz dość znaczącego szczegółu. Nie miałem pojęcia jak zakończy się nasze spotkanie. Czy obcy, prócz zawartości jutowego worka, nie zażądają również ofiary z człowieczego posłańca. Liczyłem się z taką możliwością. Myśl ta wprawiła moją uniesioną rękę w niekontrolowany, dygoczący ruch. Prawie bezwiednie ruszyłem do przodu. Obca postać wciąż cierpliwie czekała na wielki dar ludzkości. Jeśli można nazwać darem coś, co było nam odbierane niemal siłą.

Nasze ręce wreszcie się spotkały. Stary worek stał się w tym momencie łącznikiem pomiędzy dwoma światami. Blada istota oplotła wokół niego długie palce. Poczułem ciepłe muśnięcie na wciąż trzęsącej się dłoni i czym prędzej ją cofnąłem. Istota chwyciła worek obiema rękami, rozchyliła ciasno związany sznur i zajrzała do środka, po czym ponownie go zacisnęła. Lekko uniosła głowę ku drzewom, a następnie wydała przenikliwy odgłos, mający pewnie oznaczać, że zdobyła to, po co przybyła. Pragnąłem, by to wszystko się już skończyło. Jeśli miałem zginąć, chciałem, aby nastąpiło to jak najszybciej. Z każdą sekundą strach odbierał mi zmysły, sprawiał, że chciałem się skulić i pozostać w tej formie na wieczność. Żywy lub martwy. Jednak jakaś wewnętrzna, zupełnie irracjonalna duma kazała mi stać prosto i czekać na to, co się wydarzy.

Z ulgą stwierdziłem, że stojąca przede mną postać nie zadawała się dłużej okazywać zainteresowania moją osobą. Skłoniła głowę i nagle zza jej pleców wystrzeliły na boki ogromne, upierzone na czarno skrzydła. Poczułem na policzkach podmuch wytworzonego przez nie wiatru. Ten widok przerósł moje wszelkie wyobrażenia. Stałem jak zamurowany, kiedy obca istota wprawiła skrzydła w ruch i uniosła się lekko ponad ziemię. Mocno ściskając stary worek, wystrzeliła w czerń nocy, prowokując tym samym swoich towarzyszy do wspólnego odlotu. Ich sylwetki stopniowo malały, aż wreszcie całkiem zniknęły w ciemnościach, a ja opadłem na ziemię wraz z dziesiątkiem strąconych liści.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz