środa, 26 lipca 2017

Wojownik

Tekst na wyzwanie w temacie: "Życie żołnierza wojny secesyjnej"








Chwilę po tym jak szeregowy Timothy Evans resztkami woli postanowił odwrócić się od kuszącego światła, bijącego z końca tunelu, powoli zaczęło wracać czucie i świadomość. Do snu wdzierały się jakieś dziwaczne odgłosy, coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe.

I dym.
Wyraźnie czuł duszący aromat natartego ziołami wędzonego mięsa połączony ze swądem palonego ciała. Przez szparę ledwo uchylonych powiek dostrzegł migoczący blask ognia. Wciąż wwiercający się w czaszkę obcy dźwięk z czymś mu się kojarzył. Słyszał go już wcześniej. Jego źródło rytmicznie przybliżało się i oddalało. Niepokojące zaśpiewy przy akompaniamencie drewnianych kołatek przyprawiały szeregowego o zawroty głowy. Zdawało mu się, że płynie, unosi się na wzburzonej wodzie. Bał się tego uczucia, a jednocześnie dawał się mu ponieść. Czy to możliwe, że znów był na statku? Że brał udział w niezapomnianym rejsie po Missisipi, z ojcem i rodzeństwem? Jeśli tak, dlaczego ich tu nie ma? Czemu go zostawili? A może coś im się stało. Zginęli, a on trafił w ręce konfederatów. Nie, nie, nie! To wszystko nie tak. Ojciec umarł na tyfus, gdy Tim miał zaledwie 12 lat. Więc o co tu, do cholery chodzi? Pamiętał strzały, krzyki. Rżenie koni. Bitwa. Przypomniał sobie. Czy to się działo naprawdę? Jeśli tak, to gdzie jest teraz?
Zmusił się, aby szerzej otworzyć oczy i dostrzegł niewielką postać - mężczyznę o długich, siwych włosach, a tuż nad jego głową pełen piór, trzęsący się orli zadek.
Pióropusz.
Znalezienie odpowiedniego słowa we wciąż półprzytomnym umyśle zajęło mu dłuższa chwilę. Tymczasem mężczyzna przestał się kiwać nad tułowiem szeregowego. Stanął u jego stóp i trzymając nad twarzą jakiś pojemnik, po raz ostatni zawył w bezkresną pustkę nocy. Potem pochylił się nad nogami leżącego i wyciągnął rękę ku jednej z nich. Timowi było wszystko jedno. Był taki senny, zmęczony.
Nagle rozrywający ból łydki wstrząsnął jego bezwładnym dotąd ciałem. Szeregowy wrzasnął, oblał się zimnym potem i znów odpłynął.

*

Obudził się po środku spalonej słońcem prerii. Siedział na karym koniu i mierzył z opartego o ramię springfielda w zmierzających prosto na niego, rozwścieczonych piechurów. Na horyzoncie dojrzał trzepoczącą czerwoną flagę z charakterystycznym niebieskim krzyżem świętego Andrzeja i trzynastoma białymi gwiazdami na jego ramionach. Strzelił w jej kierunku, a trzymający ją żołnierz padł martwy na ziemię. Flaga zniknęła z pola widzenia. 
To niemożliwe - pomyślał. To już się wydarzyło. Ja śnię. 
Nie miał jednak czasu na rozmyślanie, bo wroga armia zbliżała się w takim tempie, jakby jakaś nadprzyrodzona istota dodawała jej sił. Gwałtownie szarpnął wodze i zwrócił konia na północ. Choć nie lubił tego robić, ściągnął łydki i wbił ostrogi głęboko w skórę zwierzęcia. Koń parsknął, postawił się dęba i ruszył przed siebie. Wkrótce galop przerodził się w szalony cwał. 
Tim polegał na swojej Błyskawicy i ufał jej bezgranicznie. Od trzech lat wybawiała go z opresji i służyła towarzystwem, kiedy ludzie okazywali się być zbyt irytujący. A teraz mógł liczyć tylko na nią i na to, że kule wroga jakimś cudem zmienią trajektorię lotu. Szeregowy Evans obejrzał się po raz ostatni i w tym momencie jeden z pocisków przeszył jego prawą łydkę. Znał ten ból i spodziewał się go. Wiedział jednak, że dostał tylko rykoszetem, a jego ranę stanowiła zaledwie niewielka wyrwa spowodowana odłamkiem wielkości paznokcia. Gdyby oberwał centralnie, z jego nogi zostałaby tylko krwawa miazga i zwisające z kości, poszarpane mięso. Niestety, wiedział też, w co uderzyła reszta ołowianego pocisku.
Klacz zatrzymała się gwałtownie, zrzucając jeźdźca kilka metrów dalej, w zakurzony dywan zeschniętych traw. Padła, wyciągając kopyta. Nawet nie zarżała. Tim resztkami sił doczołgał się do wielkiego, lśniącego czernią łba. Położył dłoń na ciężko sapiących chrapach. Oko Błyskawicy spoglądało na niego tak mądrze, jak chyba nigdy dotąd. Po wykrzywionym bólem pysku spłynęła wielka, czysta łza. Szeregowy przełknął ślinę i zmusił się, aby spojrzeć na bok konia. Był mocno rozerwany. Spod strzępów mięśni gdzieniegdzie wyglądały kości żeber. Szybko odwrócił wzrok. 
Wrogowie byli już blisko. Zamknął oczy i zaczął się modlić o szybką śmierć, lecz w tej samej chwili, nie wiadomo skąd nadjechała odsiecz. Jego oddział. Wtargnął konno w tłum napierających piechurów. Szable siekały na wszystkie strony, zalewając pole morzem czerwonej posoki. Tim wiedział, że nie może zostać przy wciąż dychającej Błyskawicy. Musiał uciekać w las. Ranny i bez konia nie miał szans na przeżycie w samym środku bitwy. W bólem serca odczołgał się na bok i, zbierając w sobie wszystkie siły, wstał, aby poczłapać w kierunku drzew. Strach dodawał mu sił. Wbiegł między niskie sosny i, opierając się o ich liche pnie, zagłębił się w cieniu zagajnika. Postanowił odnaleźć strumień, a potem pójść wzdłuż niego, aby dotrzeć do obozu. Czekały go jakieś dwa dni drogi, ale trzymając się wody miał szanse na przetrwanie. Pod warunkiem, że w ranę nie wda się gangrena. Mógł też zaczekać jak rozstrzygnie się bitwa i liczyć na pomoc swoich, ale  zerkając zza konającej klaczy, uświadomił sobie o dużej przewadze liczebnej przeciwnika i nie sądził, aby któryś z jego kompanów miał szansę przeżyć.
Gdy znacznie oddalił się od pola walki, usiadł na jednym z wielkich kamieni, rozdarł spodnie i przemył ranę wodą ze strumienia. Uczucie chłodu koiło ból, więc po chwili zanurzył ją w rwącym nurcie aż po kolano. Odetchnął na chwilę. Jego myśli wróciły do Błyskawicy. Stara, poczciwa klacz. Uświadomił sobie, że była jego jedyną rodziną, jeśli tak można powiedzieć o zwierzęciu. Zacisnął powieki i zapłakał. Czuł nienawiść, żal, rządzę zemsty. Ale nade wszystko dręczył go niepokój. Ona tam wciąż leży. A jeśli jeszcze nie wyzionęła ducha? Jeśli wciąż kona w męczarniach, przerażona, spragniona? Samotna...
Chwycił wiszący na ramieniu karabin i umieścił w nim pocisk. Następnie sięgnął do kapiszonownika i wygrzebał jeden z naboi. Umieścił go na odpowiednim miejscu, aby broń była w gotowości. Skrzywił się na myśl o tym, co musi zrobić, ale też ze strachu przed tym, co zastanie na miejscu bitwy. Prawdopodobieństwo natknięcia się na wroga było bardzo duże.
Pociągnął nosem, odganiając niechcianą, chwilową słabość. Bezmyślnie poderwał się na równe nogi, ale ból momentalnie o sobie przypomniał. Przeklął na cały głos, potem szybko zacisnął zęby i podążył w kierunku, z którego przybył. Las powoli zatapiał się w wieczornym mroku.

*

Szeregowy Timothy Evans poczuł słodki, kwiatowy zapach. Leżał na twardej desce, wyścielonej bawolą skórą. Mężczyzna w pióropuszu wreszcie zamilkł. Kątem oka dostrzegł go, siedzącego w najgłębszym cieniu namiotu. Nie był tym faktem jakoś szczególnie zmartwiony. Dzikus z pomalowaną twarzą napawał go lękiem i wolał go oglądać z pewnej odległości. Jego oczom za to ukazał się o wiele przyjemniejszy i ciekawszy widok. Obiekt, z którego dochodził delikatny zapaszek, właśnie się nad nim pochylał, łaskocząc nagi tors długimi, prostymi włosami. Dziewczyna zmieniała okład na czole, nasączony jakąś aromatyczną substancją, kiedy ranny chwycił ją za rękę. Przelękła się i wyszarpnęła z uścisku.

- Nie bój się. Chcę tylko o coś spytać - powiedział łagodnie, wypuszczając jej rękę.
Odpowiedziała niezrozumiałą wiązanką słów i obejrzała się za siebie, jakby w poszukiwaniu wsparcia, ale wyglądało na to, że wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Na zewnątrz dało się słyszeć rozmowy i śmiechy, brzęczące naczynia oraz trzask ognia.
- Gdzie ja jestem? - odezwał się najciszej jak potrafił. Nie chciał budzić starca o orlej głowie.
- Tu wioska Czerwony Bizon - wydukała pośpiesznie. - Ty ranny.
- Ale dlaczego...? Jestem żołnierzem. Białym! Dlaczego mi pomagacie? - Uniósł się na łokciach, ale szybko opadł, gdy poczuł pulsujący w łydce, znajomy ból. Znów oblał się potem. Dziewczyna o brązowych oczach i pełnych ustach zanurzyła szmatę w drewnianej misce, wycisnęła ją i wytarła z czoła żołnierza malutkie kropelki. Przyłożyła do ust palec i spojrzała wymownie, najpierw na Tima, potem na starca, który właśnie odruchowo szarpnął opadającą we śnie głowę.
- Rwąca Rzeka być zmęczony. Ratować cię cała noc. - Wstrzymała na chwilę oddech, po czym niepewnie położyła swoją dłoń na piersi nieznajomego i dodała: - Ty być wojownik.
- No tak, przecież mówię, że jestem żołnierzem - nie wiedział, czy go rozumiała.
- Nie. - Pokręciła głową. - Ty być wojownik Guarani. Mieć czysta dusza. Ostry Kieł widzieć jak ty uwalniać zwierzę. Duchy przodkowie być tobie wdzięczność.

Skłoniła się nisko i odeszła. Uchylając płachtę namiotu jeszcze raz spojrzała na szeregowego Evansa, a w jej pięknych, brązowych oczach zabłysły iskierki.















Brak komentarzy:

Prześlij komentarz