środa, 26 lipca 2017

Wojownik

Tekst na wyzwanie w temacie: "Życie żołnierza wojny secesyjnej"








Chwilę po tym jak szeregowy Timothy Evans resztkami woli postanowił odwrócić się od kuszącego światła, bijącego z końca tunelu, powoli zaczęło wracać czucie i świadomość. Do snu wdzierały się jakieś dziwaczne odgłosy, coraz głośniejsze, coraz bardziej natarczywe.

I dym.
Wyraźnie czuł duszący aromat natartego ziołami wędzonego mięsa połączony ze swądem palonego ciała. Przez szparę ledwo uchylonych powiek dostrzegł migoczący blask ognia. Wciąż wwiercający się w czaszkę obcy dźwięk z czymś mu się kojarzył. Słyszał go już wcześniej. Jego źródło rytmicznie przybliżało się i oddalało. Niepokojące zaśpiewy przy akompaniamencie drewnianych kołatek przyprawiały szeregowego o zawroty głowy. Zdawało mu się, że płynie, unosi się na wzburzonej wodzie. Bał się tego uczucia, a jednocześnie dawał się mu ponieść. Czy to możliwe, że znów był na statku? Że brał udział w niezapomnianym rejsie po Missisipi, z ojcem i rodzeństwem? Jeśli tak, dlaczego ich tu nie ma? Czemu go zostawili? A może coś im się stało. Zginęli, a on trafił w ręce konfederatów. Nie, nie, nie! To wszystko nie tak. Ojciec umarł na tyfus, gdy Tim miał zaledwie 12 lat. Więc o co tu, do cholery chodzi? Pamiętał strzały, krzyki. Rżenie koni. Bitwa. Przypomniał sobie. Czy to się działo naprawdę? Jeśli tak, to gdzie jest teraz?
Zmusił się, aby szerzej otworzyć oczy i dostrzegł niewielką postać - mężczyznę o długich, siwych włosach, a tuż nad jego głową pełen piór, trzęsący się orli zadek.
Pióropusz.
Znalezienie odpowiedniego słowa we wciąż półprzytomnym umyśle zajęło mu dłuższa chwilę. Tymczasem mężczyzna przestał się kiwać nad tułowiem szeregowego. Stanął u jego stóp i trzymając nad twarzą jakiś pojemnik, po raz ostatni zawył w bezkresną pustkę nocy. Potem pochylił się nad nogami leżącego i wyciągnął rękę ku jednej z nich. Timowi było wszystko jedno. Był taki senny, zmęczony.
Nagle rozrywający ból łydki wstrząsnął jego bezwładnym dotąd ciałem. Szeregowy wrzasnął, oblał się zimnym potem i znów odpłynął.

*

Obudził się po środku spalonej słońcem prerii. Siedział na karym koniu i mierzył z opartego o ramię springfielda w zmierzających prosto na niego, rozwścieczonych piechurów. Na horyzoncie dojrzał trzepoczącą czerwoną flagę z charakterystycznym niebieskim krzyżem świętego Andrzeja i trzynastoma białymi gwiazdami na jego ramionach. Strzelił w jej kierunku, a trzymający ją żołnierz padł martwy na ziemię. Flaga zniknęła z pola widzenia. 
To niemożliwe - pomyślał. To już się wydarzyło. Ja śnię. 
Nie miał jednak czasu na rozmyślanie, bo wroga armia zbliżała się w takim tempie, jakby jakaś nadprzyrodzona istota dodawała jej sił. Gwałtownie szarpnął wodze i zwrócił konia na północ. Choć nie lubił tego robić, ściągnął łydki i wbił ostrogi głęboko w skórę zwierzęcia. Koń parsknął, postawił się dęba i ruszył przed siebie. Wkrótce galop przerodził się w szalony cwał. 
Tim polegał na swojej Błyskawicy i ufał jej bezgranicznie. Od trzech lat wybawiała go z opresji i służyła towarzystwem, kiedy ludzie okazywali się być zbyt irytujący. A teraz mógł liczyć tylko na nią i na to, że kule wroga jakimś cudem zmienią trajektorię lotu. Szeregowy Evans obejrzał się po raz ostatni i w tym momencie jeden z pocisków przeszył jego prawą łydkę. Znał ten ból i spodziewał się go. Wiedział jednak, że dostał tylko rykoszetem, a jego ranę stanowiła zaledwie niewielka wyrwa spowodowana odłamkiem wielkości paznokcia. Gdyby oberwał centralnie, z jego nogi zostałaby tylko krwawa miazga i zwisające z kości, poszarpane mięso. Niestety, wiedział też, w co uderzyła reszta ołowianego pocisku.
Klacz zatrzymała się gwałtownie, zrzucając jeźdźca kilka metrów dalej, w zakurzony dywan zeschniętych traw. Padła, wyciągając kopyta. Nawet nie zarżała. Tim resztkami sił doczołgał się do wielkiego, lśniącego czernią łba. Położył dłoń na ciężko sapiących chrapach. Oko Błyskawicy spoglądało na niego tak mądrze, jak chyba nigdy dotąd. Po wykrzywionym bólem pysku spłynęła wielka, czysta łza. Szeregowy przełknął ślinę i zmusił się, aby spojrzeć na bok konia. Był mocno rozerwany. Spod strzępów mięśni gdzieniegdzie wyglądały kości żeber. Szybko odwrócił wzrok. 
Wrogowie byli już blisko. Zamknął oczy i zaczął się modlić o szybką śmierć, lecz w tej samej chwili, nie wiadomo skąd nadjechała odsiecz. Jego oddział. Wtargnął konno w tłum napierających piechurów. Szable siekały na wszystkie strony, zalewając pole morzem czerwonej posoki. Tim wiedział, że nie może zostać przy wciąż dychającej Błyskawicy. Musiał uciekać w las. Ranny i bez konia nie miał szans na przeżycie w samym środku bitwy. W bólem serca odczołgał się na bok i, zbierając w sobie wszystkie siły, wstał, aby poczłapać w kierunku drzew. Strach dodawał mu sił. Wbiegł między niskie sosny i, opierając się o ich liche pnie, zagłębił się w cieniu zagajnika. Postanowił odnaleźć strumień, a potem pójść wzdłuż niego, aby dotrzeć do obozu. Czekały go jakieś dwa dni drogi, ale trzymając się wody miał szanse na przetrwanie. Pod warunkiem, że w ranę nie wda się gangrena. Mógł też zaczekać jak rozstrzygnie się bitwa i liczyć na pomoc swoich, ale  zerkając zza konającej klaczy, uświadomił sobie o dużej przewadze liczebnej przeciwnika i nie sądził, aby któryś z jego kompanów miał szansę przeżyć.
Gdy znacznie oddalił się od pola walki, usiadł na jednym z wielkich kamieni, rozdarł spodnie i przemył ranę wodą ze strumienia. Uczucie chłodu koiło ból, więc po chwili zanurzył ją w rwącym nurcie aż po kolano. Odetchnął na chwilę. Jego myśli wróciły do Błyskawicy. Stara, poczciwa klacz. Uświadomił sobie, że była jego jedyną rodziną, jeśli tak można powiedzieć o zwierzęciu. Zacisnął powieki i zapłakał. Czuł nienawiść, żal, rządzę zemsty. Ale nade wszystko dręczył go niepokój. Ona tam wciąż leży. A jeśli jeszcze nie wyzionęła ducha? Jeśli wciąż kona w męczarniach, przerażona, spragniona? Samotna...
Chwycił wiszący na ramieniu karabin i umieścił w nim pocisk. Następnie sięgnął do kapiszonownika i wygrzebał jeden z naboi. Umieścił go na odpowiednim miejscu, aby broń była w gotowości. Skrzywił się na myśl o tym, co musi zrobić, ale też ze strachu przed tym, co zastanie na miejscu bitwy. Prawdopodobieństwo natknięcia się na wroga było bardzo duże.
Pociągnął nosem, odganiając niechcianą, chwilową słabość. Bezmyślnie poderwał się na równe nogi, ale ból momentalnie o sobie przypomniał. Przeklął na cały głos, potem szybko zacisnął zęby i podążył w kierunku, z którego przybył. Las powoli zatapiał się w wieczornym mroku.

*

Szeregowy Timothy Evans poczuł słodki, kwiatowy zapach. Leżał na twardej desce, wyścielonej bawolą skórą. Mężczyzna w pióropuszu wreszcie zamilkł. Kątem oka dostrzegł go, siedzącego w najgłębszym cieniu namiotu. Nie był tym faktem jakoś szczególnie zmartwiony. Dzikus z pomalowaną twarzą napawał go lękiem i wolał go oglądać z pewnej odległości. Jego oczom za to ukazał się o wiele przyjemniejszy i ciekawszy widok. Obiekt, z którego dochodził delikatny zapaszek, właśnie się nad nim pochylał, łaskocząc nagi tors długimi, prostymi włosami. Dziewczyna zmieniała okład na czole, nasączony jakąś aromatyczną substancją, kiedy ranny chwycił ją za rękę. Przelękła się i wyszarpnęła z uścisku.

- Nie bój się. Chcę tylko o coś spytać - powiedział łagodnie, wypuszczając jej rękę.
Odpowiedziała niezrozumiałą wiązanką słów i obejrzała się za siebie, jakby w poszukiwaniu wsparcia, ale wyglądało na to, że wszyscy byli zajęci swoimi sprawami. Na zewnątrz dało się słyszeć rozmowy i śmiechy, brzęczące naczynia oraz trzask ognia.
- Gdzie ja jestem? - odezwał się najciszej jak potrafił. Nie chciał budzić starca o orlej głowie.
- Tu wioska Czerwony Bizon - wydukała pośpiesznie. - Ty ranny.
- Ale dlaczego...? Jestem żołnierzem. Białym! Dlaczego mi pomagacie? - Uniósł się na łokciach, ale szybko opadł, gdy poczuł pulsujący w łydce, znajomy ból. Znów oblał się potem. Dziewczyna o brązowych oczach i pełnych ustach zanurzyła szmatę w drewnianej misce, wycisnęła ją i wytarła z czoła żołnierza malutkie kropelki. Przyłożyła do ust palec i spojrzała wymownie, najpierw na Tima, potem na starca, który właśnie odruchowo szarpnął opadającą we śnie głowę.
- Rwąca Rzeka być zmęczony. Ratować cię cała noc. - Wstrzymała na chwilę oddech, po czym niepewnie położyła swoją dłoń na piersi nieznajomego i dodała: - Ty być wojownik.
- No tak, przecież mówię, że jestem żołnierzem - nie wiedział, czy go rozumiała.
- Nie. - Pokręciła głową. - Ty być wojownik Guarani. Mieć czysta dusza. Ostry Kieł widzieć jak ty uwalniać zwierzę. Duchy przodkowie być tobie wdzięczność.

Skłoniła się nisko i odeszła. Uchylając płachtę namiotu jeszcze raz spojrzała na szeregowego Evansa, a w jej pięknych, brązowych oczach zabłysły iskierki.















niedziela, 23 lipca 2017

Dar


Tekst stworzony na lipcowe wyzwanie o temacie: "Bohater przeżywa pierwsze spotkanie z przedstawicielami obcej cywilizacji"


Na szczycie wzgórza panowała przejmująca cisza. Stałem na niewielkiej polanie, pośród kręgu buków. W napięciu odliczałem uderzenia serca, czekając na moment przybycia. Wszystko dokładnie tak, jak w przepowiedni. Dwa... trzy... cztery...

I nagły świst.

Spadały z góry, z czarnej przestrzeni, upstrzonej milionem gwiazd. Nim doliczyłem do pięciu, gałęzie jednego z drzew, stojących w zwartym kręgu, ugięły się pod pierwszym silnym uderzeniem. Chwilę potem jego los podzieliły kolejne i następne. Trzask łamanych konarów i burza spadających liści przerwały pustkę wyczekiwania niczym armatnia salwa. Odruchowo zasłoniłem uszy. Bombardowanie wkrótce ustało i powróciła cisza. Zdałem sobie sprawę, że w tym wszystkim była ona najgorsza. Wiedziałem bowiem, że nadszedł moment konfrontacji. Dyskretnie chwyciłem przypiętą do pasa ręczną kuszę, a z pleców zrzuciłem ciężki worek.

Czekałem.

Nagle, delikatnie poruszyło się drzewo, które w nierównym starciu z obcym ucierpiało jako pierwsze. Po jego pniu, w nieodgadniony dla mnie sposób, gładko ześliznęła się smukła postać. Chropowata kora nie stanowiła dla niej żadnej przeszkody, nijak nie hamowała płynnego ruchu. Przybysz zetknąwszy się z ziemią, ugiął lekko dolne kończyny, o dziwo, zupełnie podobne do ludzkich i powoli podniósł na mnie wzrok. Zamarłem, oblany potem. To przeszywające, błyszczące spojrzenie wwiercało się w moją świadomość, jakby chciało coś z niej wyłuskać. W dodatku czułem, że jestem obserwowany nie tylko przez tę jedną parę pozaziemskich oczu. Wysoko, w koronach drzew, czaiła się ich niezliczona ilość.

Obcy wyprostował sylwetkę. Nie byłem pewien czy blada, lekko sina powłoka przylegająca do ciała była skórą, czy idealnie elastyczną, pozaziemską tkaniną. Z każdą sekundą spośród cienia zaczęły się wyłaniać kolejne, obłe, łudząco kobiece kształty.  Jako pierwsze moją uwagę przykuły nieziemsko długie nogi, z pięknie ukształtowanymi łydkami, a zakończone perfekcyjnym łukiem bioder. Między wąską talią, a szerokimi ramionami wybrzuszały się dwie okrągłe piersi. O ile wzrok mnie nie mylił, różniące się od tych rodzimych brakiem sutków. Są prawie jak my - pomyślałem. Jednak szybko zmieniłem zdanie, gdy postać zrobiła kilka kroków w moją stronę.

Jej twarz... miała w sobie jakieś niewytłumaczalne piękno, jednak trudno było wyczytać z niej cechy typowo kobiece lub męskie. Coś, co z pewnością pełniło funkcję włosów, oplatało szczupłą głowę niczym plątanina zrośniętych korzeni, wśród której nie dostrzegłem uszu. Ale to, co mnie najbardziej paraliżowało, było w jej oczach. Stała kilka kroków dalej, wpatrująca się w skuloną osobę ziemskiego kowala, ale sprawiała wrażenie nieobecnej. Nie patrzyła na mnie, tylko we mnie. Niby każdy szczegół jej wyglądu zgadzał się z przekazywanymi podaniami, jednak słyszeć o tych istotach, a zobaczyć je tudzież uczestniczyć w bliskim spotkaniu, to całkiem co innego.

Otrząsnąwszy się z pierwszego szoku, wziąłem głęboki wdech i powoli sięgnąłem po leżący pod nogami worek. Nie spuszczając wzroku z obcej istoty, uniosłem go lekko ponad własną głowę, po czym wypowiedziałem słowa, które wpajano mi niemal od urodzenia. Karkołomna plątanina obco brzmiących wyrazów i gardłowych, przypominających zwierzęce odgłosów wdarła się w nocną pustkę, przerywając napięcie, które zdążyło już osiągnąć zenit.

Istota otworzyła wąskie usta i odpowiedziała bezzwłocznie, podobną wiązanką dźwięków, po czym wyciągnęła obie ręce przed siebie. Wiedziałem, co w tym momencie muszę zrobić, lecz nogi mimo woli wrosły mi w ziemię. Przygotowywałeś się do tego od lat. Oni pokładają w tobie nadzieję - powtarzałem w myślach, by dodać sobie otuchy. Bałem się. Miałem prawo się bać. Na temat przepowiedni wiedziałem wszystko, prócz jednego, acz dość znaczącego szczegółu. Nie miałem pojęcia jak zakończy się nasze spotkanie. Czy obcy, prócz zawartości jutowego worka, nie zażądają również ofiary z człowieczego posłańca. Liczyłem się z taką możliwością. Myśl ta wprawiła moją uniesioną rękę w niekontrolowany, dygoczący ruch. Prawie bezwiednie ruszyłem do przodu. Obca postać wciąż cierpliwie czekała na wielki dar ludzkości. Jeśli można nazwać darem coś, co było nam odbierane niemal siłą.

Nasze ręce wreszcie się spotkały. Stary worek stał się w tym momencie łącznikiem pomiędzy dwoma światami. Blada istota oplotła wokół niego długie palce. Poczułem ciepłe muśnięcie na wciąż trzęsącej się dłoni i czym prędzej ją cofnąłem. Istota chwyciła worek obiema rękami, rozchyliła ciasno związany sznur i zajrzała do środka, po czym ponownie go zacisnęła. Lekko uniosła głowę ku drzewom, a następnie wydała przenikliwy odgłos, mający pewnie oznaczać, że zdobyła to, po co przybyła. Pragnąłem, by to wszystko się już skończyło. Jeśli miałem zginąć, chciałem, aby nastąpiło to jak najszybciej. Z każdą sekundą strach odbierał mi zmysły, sprawiał, że chciałem się skulić i pozostać w tej formie na wieczność. Żywy lub martwy. Jednak jakaś wewnętrzna, zupełnie irracjonalna duma kazała mi stać prosto i czekać na to, co się wydarzy.

Z ulgą stwierdziłem, że stojąca przede mną postać nie zadawała się dłużej okazywać zainteresowania moją osobą. Skłoniła głowę i nagle zza jej pleców wystrzeliły na boki ogromne, upierzone na czarno skrzydła. Poczułem na policzkach podmuch wytworzonego przez nie wiatru. Ten widok przerósł moje wszelkie wyobrażenia. Stałem jak zamurowany, kiedy obca istota wprawiła skrzydła w ruch i uniosła się lekko ponad ziemię. Mocno ściskając stary worek, wystrzeliła w czerń nocy, prowokując tym samym swoich towarzyszy do wspólnego odlotu. Ich sylwetki stopniowo malały, aż wreszcie całkiem zniknęły w ciemnościach, a ja opadłem na ziemię wraz z dziesiątkiem strąconych liści.


czwartek, 13 lipca 2017

Przed pasterką



 Pani Krystyna z trudem pokonywała ostatnie schody kamienicy. Co dzień mierzyła się z Mont Everestem trzeciego piętra i co dzień zdobywała szczyt, który za każdym razem wydawał się bardziej odległy. Czuła ogromne zmęczenie. Odstała prawie godzinę w kolejce za karpiem, a potem, przez całą drogę powrotną walczyła o równowagę na oblodzonym chodniku. Był wprawdzie sypnięty piachem, jednak dozorca zbytnio się nie przyłożył.
Schody zdawały się spoglądać na staruszkę z wyższością. Ostatnimi siłami wciągała za sobą wózek z zakupami, stopień po stopniu. 
Młody Petrykowski przeleciał obok niczym huragan, wywołując u sąsiadki chwilową dezorientację. Zakręcając na półpiętrze, potrącił zdezelowany wózek.
- Dzień dobry - wymamrotał pod nosem.
- Uważaj jak leziesz, gnojku - zaskrzeczała głosem starej wiedźmy. 
Chciała jeszcze dodać coś o zepsutej młodzieży, lecz zabrakło jej powietrza. Walczyła o każdy oddech. Koncentrowała się na stopniach. Jeszcze jeden... i ostatni.
Stanęła przed drzwiami z numerem osiem i drżącą ręką wycelowała kluczem w dziurkę. W przedpokoju zdjęła buty, płacz, a wózek postawiła pod ścianą. Karpiowi podarowała ostatnie chwile nędznego życia, wpuszczając go do wanny. Zauważyła na jej ściankach brudny osad, który miała wyczyścić już dawno temu. Byle przed pasterką.
- Nie masz tu za pięknie, bracie - powiedziała, śledząc wzrokiem powolne ruchy stworzenia - ale lepsze to niż sterylna biel. Białe ściany zwiastują śmierć.
Poruszała się w zwolnionym tempie, ostrożnie, jakby obawiała się złamania przy każdym ruchu.
Zajrzała do pokoju.
- Śpisz, Stasiu? - rzuciła w kierunku dużego fotela, skierowanego tyłem do wejścia, frontem zaś do włączonego telewizora. Na podłokietniku spokojnie spoczywała pomarszczona, plamista ręka. - Długo mnie nie było, bo musiałam odstać swoje za rybą. Pewnie jesteś głodny, ale musisz jeszcze zaczekać. Odgrzeję rosół, jak tylko dłonie odtają.
Wróciła do kuchni. Wyciągnęła z pudełka zapałkę i precyzyjnie ułożyła ją między powykrzywianymi palcami, jak dziecko, które dopiero zaczyna naukę pisania nowym długopisem. Energicznym ruchem potarła draskę. Zapałka zasyczała, ale upadła na podłogę i zgasła. Drugiej i trzeciej również nie udało się zapalić. Minęła dobra minuta zanim na kuchence pojawił się niebieski płomień. Kobieta odetchnęła. Postawiła mały garnuszek z rosołem na gazie i osunęła się na taboret.
Obudził ją świst czajnika. Wstawiałam wodę? Wyłączyła ogień i świst stopniowo się wygłuszył. Ostrożnie nalała wrzącą zupę do bulionetki i weszła z tacą do pokoju. Stanęła za fotelem, a potem z trudem podepchnęła go do stołu. Małe kółeczka zaskrzypiały przeciągle. Usiadła na krześle obok męża i nabrała na łyżkę pierwszą porcję. Podmuchała.
- Przydrzemałam i za mocno się ugrzało.
Mężczyzna nie spojrzał na żonę. Jego wykrzywiona twarz niewiele zdradzała. Jedyne, co można było z niej wyczytać to ból. 
Zbliżyła łyżkę do twarzy męża.
- Jedz Stasiu. Człowiek musi jeść, choćby nie miał ochoty. 
Drżącą dłonią wlała porcję rosołu w rozchylone usta. Niemal cała zawartość wylądowała na dużym śliniaku z tetrowej pieluchy, owiniętym wokół szyi.
- Chyba nie chcesz znów kroplówki, przypomnij sobie jakie to nieprzyjemne. Nie wystarczy ci, że dostajesz codziennie iglę w dupę? Nie patrz tak na mnie. To nie moja wina, że nie łykasz tabletek, a serce bez leków długo nie pociągnie, pamiętasz co mówił ten konował z pogotowia? Codziennie zastrzyk rano i wieczorem. - Nabrała kolejną łyżkę i znów podmuchała. - Nie chciał wystawić recepty na zaś, bo to nie jego obowiązek. Też coś, żeby stara kobieta musiała specjalnie fatygować się po receptę. Co to za świat, co za ludzie, Stasiu? Bez serca, bez litości. Jedz, Stasiu, jedz.
Kolejne porcje tłustego płynu wciąż ściekały po brodzie. 
- Mógłbyś się bardziej postarać, pomóż mi kapkę. No, ruszaj tą starą gębą! Przecież ja nie mam dwudziestu lat, żeby to wszystko na okrągło prać. - Rzuciła łyżkę na wyszywany obrus. Zawyła z żalu i zakryła twarz.- Kiedy to wszystko się skończy, kiedy skończy?
W telewizji głos spikera obojętnym tonem ogłosił kolejny zamach bombowy. - Mogli by na nas zrzucić jedną. - Przetarła łzy rękawem. Przesunęła niedokończoną zupę na środek stołu. Podniosła się z grymasem bólu i podsunęła fotel męża z powrotem przed telewizor. 
- Pooglądaj sobie, wiem jak lubisz słuchać tych idiotów z sejmu. - Wzięła z komody grzebień, pamiętający czasy młodości i zanurzyła go w pożółkłej siwiźnie starca. - Ustawa o równości. Chłop z chłopem i baba z babą. Do czego ten świat zmierza? Jeszcze dzieci im chcą dać na wychowanie. Sodoma i Gomora... Siedź spokojnie, Stasiu, bo cię zadrapię.
Czesanie męża było relaksujące. Robiła to odruchowo, wpatrując się w kamienicę za oknem. 
- Wanda mówi, że powinnam cię oddać. No wiesz, do tego hopspicjum. Takie teraz nazwy wymyślają, że se język można złamać. A to przecież zwykła umieralnia. Mówi, że tam będzie ci lepiej, że będziesz miał lepszą opiekę. A co ona może wiedzieć, Stasiu? Tam ci nie zrobią takiej pomidorowej z prawdziwych pomidorów z targu, ani teleekspresu nie włączą na czas, bo akurat będą się zajmować kimś innym. A ty im przecież nie powiesz. A ja znam twoje fanaberie, stary pryku. - Zaśmiała się i znów usiadła na krześle. - Wiesz, mi się wydaje, że przez tyle lat, to człowiek przejmuje cząstkę duszy tego drugiego i przez to wie, co mu trzeba. Jak myślisz, Stasiu?
Położyła ręce płasko na stole, a na nich głowę. 
- Jestem taka zmęczona, a jeszcze muszę karpia oprawić. Gdyby nie twoje zasrane tradycje, to bym go wcale nie robiła. Zawsze się upierałeś przy karpiu. Jeszcze jak była Malwinka, to jedliście go oboje. A teraz tylko ty. Tylko ty, Stasiu.
Zamknęła oczy i pozwoliła sobie na chwilę odpoczynku. W telewizji puścili kolędy.

*
Kierowca karetki spostrzegł lekarkę wychodzącą z kamienicy. W jednej ręce trzymała walizkę medyczną, w drugiej - reklamówkę z Biedronki. Tuż za nią, z dymiących drzwi wyłoniło się jeszcze dwóch strażaków. Kierowca pochylił się nad siedzeniem pasażera i otworzył koleżance drzwi. 
- Dobrze, że to ostatni wyjazd dzisiaj - powiedziała i wydychając powietrze, oparła się zagłówek.
- Kolejna nieszczelna instalacja? - spytał od niechcenia, myśląc o jej pełnych ustach.
- Tym razem ścierka kuchenna zostawiona zbyt blisko ognia. Meble się zajęły - odpowiedziała i rzuciła chłopakowi karty zgonu. - Dwoje staruszków. Dwa trupy.
- Ładnie - rzucił, przeglądając dokumenty. - Ale tylko jeden w wyniku zaczadzenia. Drugi - przyczyna nieznana? Dziwne. - Spojrzał na kobietę pytająco.
- Ano, dziwne. Jak na moje oko staruszek nie żyje od kilku tygodni.
Spojrzała na zdumioną twarz kolegi i wręczyła mu reklamówkę.
- Przygarniesz karpia?


"Demon" Łukasz Henel


Nie czytałam wcześniejszych powieści pana Henela, więc podeszłam do tej pozycji bez żadnych skojarzeń, porównań, uprzedzeń, za to z dużym entuzjazmem.
Niestety książka trochę mnie rozczarowała. Mega pozytywne recenzje tak rozbudziły moje oczekiwania, że spodziewałam się czegoś naprawdę wyjątkowego, oryginalnego, czegoś, co mnie zaskoczy, a przede wszystkim postawi włosy na głowie. W tej ostatniej kwestii największą robotę można przypisać okładce - jest naprawdę straszna.
Odnosząc się do treści, nie mogę powiedzieć, że książka jest zła. Są dobre, przerażające momenty. Ale to raczej na początku. Później nastąpił u mnie chyba przesyt grozy i nadnaturalnych zjawisk, które niczym oryginalnym się nie cechowały, były powtarzalne i pod koniec zwyczajnie się nudziłam.
Wymienię swoje zastrzeżenia, które przeszkadzały mi w odbiorze tej historii:

- Wspomniany już nadmiar zjawisk paranormalnych - demon w postaci Niemca, zombie, wampir, straszy tu, straszy tam, co chwilę coś strasznego, ale jakby bez budowania napięcia. Nie zdążyłam się nakręcić, a tu już kolejna scena grozy.
- Mnóstwo powtórzeń, co uważam za błąd redakcji, bo każdy autor powtórzenia robi, ale to powinno być wyłapywane w procesie wydawniczym (tak mi się wydaje); kumulacja powtórzeń na stronie 321, gdzie słowo "pomieszczenie" wystąpiło 5 razy w jednym akapicie.
- Momentami zabrakło mi logiki. Już na samym początku, gdy ksiądz najpierw wygłasza kazanie, a potem dzieci komunijne wchodzą do kościoła; wnioskuję, że przez pół godziny stały na zewnątrz z niewiadomego powodu. Poza tym kazanie o Hiobie na takiej uroczystości wydaje mi się też niezbyt na miejscu (może dlatego dzieci stały na zewnątrz, żeby nie słyszeć tych okropności ;) ). Inna, zapalająca u mnie czerwone światło sytuacja to rozmowa z proboszczem, który ochoczo opowiada obcemu mężczyźnie o zjawiskach paranormalnych, jakie mają miejsce w okolicy, niczym przekupka na targu. Zwykle duchowni są raczej powściągliwi w wyrażaniu opinii na temat takich zjawisk. Jest to dla mnie mało wiarygodne, a jeśli to sam demon wpłynął na takie zachowanie księdza, powinno to być jakoś wyraźniej zaznaczone, wytłumaczone.
- Irytowały mnie też filozoficzne wtrącenia, trochę oderwane od narracji, jakby instruujące co, jak i dlaczego dzieje się na świecie, jakby pisane z pozycji narratora, nie bohatera.
- Brakowało mi tajemnicy, jakiegoś napięcia, zaskoczenia, przed półmetkiem już wiedziałam o co chodzi i jak prawdopodobnie opowieść się skończy 
--
 - I na koniec coś najistotniejszego - nie polubiłam głównego bohatera (nie mam tu na myśli demona
), mimo, że policjant przeżywał straszne momenty w życiu, nie potrafiłam mu współczuć, bać się o niego, itd. Był dla mnie prawie przezroczystą postacią. A stało się tak pewnie dlatego, że nie miałam możliwości poznać go jako męża, ojca, w zwykłych życiowych sytuacjach. Pojawił się nagle i niejako wtopił w akcję. Nawet nie bardzo wierzyłam w jego ból po stracie najbliższych. 

Podsumowałabym w ten sposób: Po przeczytaniu połowy książki, zmuszałam się, żeby ponownie ją otwierać. Cała fabuła pewnie byłaby całkiem zjadliwa, gdyby nie zniechęcający momentami styl oraz niewyłapane błędy. Nie jest to debiut tego autora, ale wyraźnie można odczuć nie wyrobione jeszcze pióro. 

"Nowy dom na Wyrębach" Stefan Darda


Emocjonalnie uwikłana w losy Marka Leśniewskiego z pierwszego tomu "Domu na Wyrębach", z ciekawością małego dziecka sięgnęłam po kolejną część książki. Po lekturze mam trochę mieszane uczucia. Ale po kolei.

Jak już pewnie większości zainteresowanych wiadomo, w "Nowym domu na Wyrębach" pałeczkę głównego bohatera przejmuje Hubert Kosmala, jedyny przyjaciel Leśniewskiego. Cieszyłam się na tę okoliczność, bo charakterystyczna postać pana profesora, którą polubiłam na równi z Markiem, jeśli nie bardziej, zapowiadała nie lada ucztę czytelniczą. Okazało się jednak, że to nie jest już do końca ten sam człowiek. Wydarzenia, które zakończyły pierwszy tom dość mocno wpłynęły na wewnętrzną przemianę pana Kosmali. Siarczysty język nieco złagodniał, czupurny sposób bycia przygasł, a życie wewnętrzne nabrało głębi i mroku. Trudna sytuacja znalazła również odbicie w relacji małżeńskiej bohatera. W tym miejscu plusik dla autora za wiarygodność i umiejętne wprowadzenie zmian, bez szkody dla postaci.

Zdaje się, że pan Darda tym razem troszkę po macoszemu potraktował przyrodę, która w pierwszej części była na pierwszym planie powieści. Ale to też wyszło na plus. Skoro już wcześniej poznaliśmy piękno Wyrębów, to kolejne przydługie opisy mogły by niepotrzebnie wyhamowywać akcję.

Zostaje też wprowadzony inny punkt widzenia w postaci zapisków Ewy, koleżanki Marka i Huberta, co nadaje powieści trójwymiarowość, a jednocześnie jest ciekawym zabiegiem, wplatającym pewien tajemniczy wątek. 

Powieść ma charakterystyczny, duszny klimat, do czego pan Darda zdążył mnie już przyzwyczaić. Niby nic szczególnie strasznego się nie dzieje, a ciężko zamknąć książkę bez przeczytania kolejnego rozdziału. Jest tylko kilka nużących momentów, które niewiele wnoszą do fabuły, ale zdaję sobie sprawę, że są one potrzebne dla utrzymania ciągłości wydarzeń i również wiarygodności. Obok zagadki Wyrębów, życie toczy się przecież swoim torem.

Ale żeby nie było tak idealnie, odrobinę brakowało mi takiego czystego, gwałtownego strachu. Moje napięcie było budowane bardzo powoli, z rozdziału na rozdział czekałam na jakieś BUM, które było wciąż odraczane i nastąpiło dopiero na samym końcu książki. Zwolennicy zjaw, krwawych scen, latających flaków i zła w czystej postaci mogą być nieco rozczarowani. Jest ich na pewno mniej, niż w pierwszym tomie (gdzie, umówmy się, też się od tego nie przelewało). Jednak dla mnie, tego typu groza to prawdziwa uczta, bo wolę czuć niedosyt, niż przesyt. Z jednej strony, byłam zła, że te, istotne dla gatunku momenty, były tak skąpo dawkowane, a z drugiej - zabieg ten wciągnął mnie w powieść po uszy i utrzymywał pragnienie poznawania, dociekania, odkrywania do ostatniej strony.

Bardzo odpowiada mi styl pana Dardy. Język jest wyważony, dość prosty, płynny, a brak powtórzeń czy kiksów stylistycznych sprawia, że lektura jest przyjemna i nic nie przeszkadza mi w przeniesieniu się w wykreowany przez autora świat. Szczególnie ujęła mnie jedna z metafor na początku książki, ale nie będę zdradzać która ;)

Na koniec o czymś, co jest dla mnie najistotniejsze - uczucia względem bohaterów. Jak i w poprzednich książkach tego autora, tak również w przypadku "Nowego domu na Wyrębach" czuję się emocjonalnie związana z głównymi postaciami. Są to emocje różnego typu: sympatia, troska, współczucie, odraza, złość. Obecność tychże emocji jest sygnałem, że pan Darda po raz kolejny wykonał dobrą robotę, bo umiejętnie podrażnił najczulsze punkty mojej wrażliwości. A książka bez emocjonalnego zaangażowania czytelnika byłaby po prostu nijaka, płytka i niewarta poświęconego czasu.

Podsumowując:
Lekturę uznaję za bardzo przyjemną, z tylko nieznacznym poczuciem niedosytu. Drugi tom cyklu o Wyrębach nieco różni się natężeniem grozy i ogólną strukturą od pierwszego, a poprzez wprowadzenie nowych, jeszcze nie wyjaśnionych wątków, jawi się w moich oczach jako przejściowy etap, wprowadzenie do części trzeciej, która mam nadzieję, jak najszybciej ukaże się na księgarnianych półkach, a wtedy znajdzie też miejsce w mojej biblioteczce.