środa, 23 sierpnia 2017

"Zapora" - Hubert Hender


"Zapora" to pierwsza pozycja spod pióra Huberta Hendera, jaką miałam okazję przeczytać. I muszę przyznać, że była to całkiem przyjemna lektura. Nie obędzie się jednak bez kilku uwag.

Akcja thrillera toczy się na południu Polski, w okolicach zapory pilchowickiej. Dochodzi tam do serii bardzo brutalnych morderstw na mieszkańcach wsi Pilchowice. Inauguracja tej krwawej serii ma miejsce na samej zaporze, chociaż kolejne trupy policja odnajduje także w pobliskich opuszczonych budynkach. Sprawę prowadzi duet śledczych: podkomisarz Gawłowski oraz, zdaje się, nieco bardziej rozgarnięty komisarz Iwanowicz, który z powodu tak trudnej sprawy zostaje ściągnięty z urlopu. Morderca wykazuje się niezwykłą finezją, siłą oraz sprytem, przez co sposób pozbawiania ofiar życia za każdym razem jest inny. Mają one tylko jeden wspólny mianownik - skalę makabry i okrucieństwa, która wprawia policjantów w niedowierzanie.

Autor wybrał bardzo ciekawe okoliczności na miejsce akcji swojej powieści. Zapora jest monumentalną, bardzo starą budowlą i już sama w sobie może wzbudzać niepokój. Do tego opuszczone budynki, stara elektrownia, głębokie jezioro i okalające je lasy, tworzą idealne miejsce działań zbrodniarza. A to wszystko okraszone sporą porcją mżawek i tajemniczej mgły.

Książka z początku bardzo mnie wciągnęła. Czułam na plecach dreszcz, gdy przypadkowy świadek pierwszego morderstwa - niczego nie świadomy wędkarz, nocną porą wyłapywał przeraźliwe jęki ofiary, a potem odkrył na zaporze jej zmasakrowane zwłoki. Jednak już przy trzecim trupie zaczęłam się zastanawiać, jak mogło do tego dojść, podczas gdy teren był obstawiony przez policję. To się stało tuż pod ich nosem. Nikt nic nie widział i nie słyszał, a zabójca szalał do woli.

Najbardziej w tej powieści przeszkadza mi jej liniowość, brak wątków pobocznych, zmiany perspektywy. Główny bohater, Iwanowicz, jest najbardziej wyrazistą choć i tak dość płaską postacią. Praktycznie niewiele o nim wiem, o jego życiu osobistym, dążeniach, planach, marzeniach, przekonaniach. Wiem za to, że lubi nadużywać słowa "cholera" we wszelkich możliwych odmianach. Niestety, nie jest to tylko przypadłością bohatera, gdyż i narrator zdaje się lubować w tymże słowie. Było to dość drażniące.

Mniej więcej po półmetku, zaczęły mnie też irytować dogłębne rozmyślania policjantów nad motywem i sposobem działania sprawcy. Dumali tak, dumali, a niewiele działali. Moim zdaniem było tego naprawdę za dużo, zwłaszcza, że rozważania te niczego nowego do śledztwa nie wnosiły, nie popychały sprawy naprzód. Wciąż ginęli kolejni ludzie. Dopiero pod koniec nastąpił przełom.
Byłam natomiast zadowolona z wizyty w kostnicy. Lubię ten motyw w książkach (i filmach). Uwielbiam postacie patologów, pracujących dla policji, za ich zdystansowanie, rzeczowość i zwykle grobowe poczucie humoru. I tym razem także się nie zawiodłam. Klimat trupiarni był tak dokładnie opisany, że chyba po raz pierwszy w życiu zrobiło mi się słabo podczas czytania. W tym miejscu ukłon dla autora za siłę oddziaływania na emocje czytelnika.

Mimo wyżej wspomnianych niedociągnięć, coś jednak skłoniło mnie, aby doczytać książkę do końca. Co więcej, nie zmuszałam się do tego, wręcz otwierałam ją z ciekawością, jak zakończy się ta sprawa. A rozwiązanie okazało się całkiem satysfakcjonujące.

niedziela, 13 sierpnia 2017

Nierówna walka





 Gruby gospodarz stuknął o szynkwas ociekającymi pianą kuflami piwa i zaraz odwrócił się na pięcie po talerz zamówionych ogórków. Ruch miał spory, jak w każdy piątkowy wieczór, a nawet ciut większy, zważywszy na przyjezdnych żaków, co to właśnie rozpoczęli letnią przerwę w nauce.
Gwar karczemnej gawiedzi już od jakiegoś czasu przyprawiał Taliona o ból głowy, a gdy spojrzał na złocisty płyn, buzujący tuż przed nosem, dodatkowo poczuł silne mdłości. Miał serdecznie dość napitków, smalcu z ogórkami i całego tego wieczoru, okraszonego sporą warstwą plebejskiej rubaszności. Zupełnie od niej odwykł, choć przecież wywodził się z tych stron. Czekał tylko na okazję, żeby niepostrzeżenie wymknąć się spod pieczy starszego kuzyna i wrócić do chaty biednego wuja, który wspaniałomyślnie przyjął go do siebie w tych ciężkich chwilach.
W dodatku, od jakiegoś czasu miał wrażenie, że jakiś dziwny, zakapturzony typ z drugiego końca izby przygląda mu się uważnie. Jeszcze będąc w mieście, słyszał o napadach w tych okolicach. Zbóje czyhali po lasach na zamożnych kupców, magów, czy żaków, takich jak on. Zawsze uderzali w tył głowy, zabierali zamroczonemu sakwę, a czasem nawet odświętne ubranie i znikali w ciemności nocy. Talion dyskretnie łypnął w stronę tajemniczego osobnika, ale jego krzesło stało już puste. Nieco uspokojony, poprosił karczmarza o rachunek.
– A ty dokąd, bratku? – wyseplenił młodzieniec o mętnym spojrzeniu i chwycił Taliona za ramię, gdy ten niezgrabnie próbował opuścić zajmowany od kilku godzin barowy stołek.
– Ja już będę szedł – wyartykułował Talion nader wyraźnie. – Nie dam rady tego wypić.
– Ale so? Nasze pifo ci nie smakuje? – Kuzyn groźnie ściągnął brwi i próbował utrzymać głowę w pionie, świdrując Taliona wzrokiem. – Ja fiem, sze to nie to samo, co wasze miody z Osta... Ostalionu, ale... z kuzynem się nie napijesz?
– Ostavilionu, bracie. I napiłem się już dość. Piję od trzech dni! Muszę w końcu dojść do siebie, bo czeka mnie trudna rozmowa ze starymi.
– Aaale że so? Że ten egzamin oblałeś? No weź mnie nie rośśmieszaj. – Zaśmiał się głośno i, niespodziewanie dla samego siebie, beknął spod serca.
– Śmiej się, śmiej. Jesteś z dziada, pradziada chłopem. Wymagają od ciebie tylko roboty w polu i przy kozich gównach. A jak zrobisz swoje, masz, bracie yy wywalone. – Upił łyk z pełnego kufla, po czym połowę jego zawartości rozlał po ladzie. – Aaa u mnie so? Od dzieciaka tylko magia, zaklęcia, kamienie fizoloficzne, pieprzona gildia, od której nie można uciec iii na dokładkę jeszcze więcej magii.
– Magia-sragia! Widocznieś do tego nie stwoszony. I napij się ze mną, a fszytkie zmartwienia i tom całom magię zostaw staruchom z Ovistalionu – wybełkotał młodzian, po czym z hukiem wpadł twarzą w talerz ogórków.
Talion poczuł, że za chwilę straci przytomność, jeśli nie zaczerpnie świeżego powietrza. Machnął na chrapiącego kuzyna ręką i wstał powoli, przytrzymując się szynkwasu. Rzucił gospodarzowi banknot i udał się w kierunku wyjścia. Mijane stoły, roześmiane chłopskie gęby, pokrzykiwania, woń alkoholu i potu – wszystko tworzyło w jego biednej głowie bolesny wir, a jedynym oparciem na tej usłanej przeszkodami drodze, były wyłaniające się jakby znikąd poręcze od krzeseł, za które starał się chwytać, niczym tonący brzytwy.
Wypadł na chłodne podwórze i z ulgą spojrzał na tańczące w górze gwiazdy. Były piękne. Przypominały magiczny pył, który kiedyś przypadkiem rozsypał na zajęciach z eliksirów. Jednak przyglądając się im, dostał takich mdłości, że musiał czym prędzej puścić pawia za najbliższy płot.
Gdy mu trochę ulżyło, otrząsnął się, spróbował wyostrzyć wszystkie zmysły i ruszył przed siebie chwiejnym krokiem. Minął furtkę gospody, potem wszystkie trzy wiejskie chałupy i skręcił w polną ścieżkę, która prowadziła do lasu. Dom wuja stał w sąsiedniej wiosce, większej od tego zadupia, bo liczącej aż pięć gospodarstw. Dookoła Taliona znajdowały się zagrody ze śpiącymi zwierzętami, które przestraszone tępym krokiem żaka, pobudziły się i nieufnie na niego zerkały.
W pewnym momencie, równą dotychczas drogę przeciął pień złamanego podczas wichury drzewa. Talion pomyślał, że zrobi użytek ze swojej różdżki. W końcu niech ta zasrana magia na coś się przyda. Pogrzebał w kieszeni długiego płaszcza i wydobył gładki patyk, wykończony błękitnym kamieniem. Wycelował w pień i stał tak w zawieszeniu przez parę chwil. Gdy nie przypomniał sobie zaklęcia przesuwającego przedmioty, zrezygnował, a następnie postanowił pokonać kłodę w tradycyjny sposób. Uniósł prawą nogę i z satysfakcją postawił ją po drugiej stronie zwalonego drzewa. Jego radość jednak nie trwała długo, ponieważ drugą kończyną zahaczył o sterczącą gałąź. Momentalnie zwolnił czas i zaczął, jakby z boku, obserwować swój upadek. Pozbierał zamroczone myśli i próbował się ratować, wypowiadając zaklęcie lewitacji. Nieskutecznie. Coś błysnęło, huknęło, po czym różdżka wyleciała z dłoni niedoszłego maga w powietrze, a zaraz potem upadła razem ze swoim panem na ziemię.
– Kurwa! Znowu popierdoliłem zaklęcia! – zaklął, wycierając policzek ze śmierdzącego zwierzęcymi odchodami błota. – Może rzeczywiście się do tego nie nadaje. Słyszycie?! Nie nadaje się! I w dupie mam tę waszą magię! – krzyknął w próżnię, mając nadzieję, że echo poniesie desperacki głos wprost do okien jego zacnych, czekających na sukcesy syna rodziców.
Zaczął chichotać. Najpierw cicho, ledwie słyszalnie, a potem coraz głośniej i głośniej, ku przerażeniu skupionych w grupce za płotem owiec. Śmiał się tak, dopóki znów go nie zemdliło. Tym razem powstrzymał jednak torsje, wstał, otrzepał się i nieco otrzeźwiony, ale wciąż się zataczający, ruszył przed siebie.
I wtedy, kątem oka dostrzegł jakiś ruch tuż za mijaną zagrodą, na obrzeżach lasu. Przyjrzał się przez chwilę temu miejscu. Wytężył wzrok, ale niczego tam nie było. Udał, że to ignoruje, odwrócił się powoli i ukucnął. Gwiżdżąc jakąś fałszywą melodyjkę, udawał, że grzebie przy własnym bucie, kiedy naprawdę wyczekiwał kolejnego ruchu zbója. Dyskretnie sięgnął do kieszeni i chwycił za różdżkę. Na szczęście była cała. Podniósł się i gwałtownie wykonał obrót w kierunku domniemanego napastnika, celując w niego rozdygotaną ręką, zakończoną drewnianym kijkiem.
Był tam. Stał w płaszczu do ziemi, a mrok wrześniowej nocy całkowicie zacierał rysy jego twarzy. Wystraszony Talion wyseplenił pierwsze zaklęcie, jakie przyszło mu na myśl, posławszy w stronę zbira wiązkę niebieskich promieni. Tamten zrobił błyskawiczny unik, a stojący tuż za nim drewniany wóz rozpadł się na setki lodowych kawałków. Talion upadł, odepchnięty siłą zaklęcia, a cień znów rozpłynął się w ciemności.
Pewnie się przyczaił, żeby za chwilę znowu zaatakować – myślał Talion w panice. Nie mógł się skupić. Bał się o swoje życie, ale i kiesy mu było szkoda. W najbliżej znajdującej się chałupie nie paliły się świece, pewnie gospodarze spali głębokim snem. Zresztą było za daleko, żeby tam niepostrzeżenie dobiec, dodatkowo przeskakując kilka płotków, które w jego obecnym stanie stanowiły nie lada przeszkodę. Pomyślał o powrocie do karczmy, lecz na drodze wciąż leżał ten cholerny pień. Zanim by go pokonał, tamten już by go dopadł. Musiał się skoncentrować, a to nie było łatwe w jego stanie. Postanowił, że zacznie biec prosto przed siebie. Wbiegnie do lasu, między gęstwinę, a potem skrótem, który ostatnio znalazł, dotrze do chałupy wuja.
Cień zza płotu ożył dokładnie w tym samym momencie, w którym Talion ruszył swoistym slalomem. Biegli oboje, równolegle do siebie, ale chłopak słyszał tylko swój własny oddech i umykające spod własnych stóp kamienie. Tamten biegł bezszelestnie.
Ki piorun? Jakiś mag pierwszego stopnia? – pomyślał żałośnie, mając już w wyobraźni własny pogrzeb. Dobiegł do końca zagrody i skręcił w stronę lasu. Jednak żeby dać sobie przewagę, odwrócił się i po raz ostatni wymierzył różdżkę w przestrzeń przed sobą.
– Polimorfia! – wrzasnął łamanym głosem, a pomarańczowy promień przeszył noc, zatrzymując się na puszystym ciele przestraszonej owcy.
Zwierzę wzdrygnęło się tylko, tępymi ślepiami spojrzało na maga, jakby był niedorozwinięty, po czym odwróciło się zadem i zaczęło na powrót skubać trawę.
– Nie, nie, nie! Jak mogłeś chybić?! – po cichu skarcił sam siebie, po czym w akcie wściekłości i desperacji zawołał: – Wyłaź łotrze! Nie wiesz z kim masz do czynienia! Jam jest Talion, uczeń Therimana, wielkiego maga Ostavilionu!
Odpowiedziała mu cisza. Zrobił krok w przód, a zacieniona postać również lekko się przybliżyła. Podchodził do wroga powoli, z wyciągnięta przed siebie różdżką, zataczając się i wybałuszając wzrok, a wrogi cień zbliżał się w tym samym tempie. Wreszcie stanęli naprzeciw siebie w odległości kilku kroków. Zza chmur wyjrzał księżyc, a jego blada poświata padła na sylwetkę, dotąd ukrytą w mroku.
Zdezorientowany Talion opuścił rękę i gapił się na samego siebie z otwartą gębą. Po chwili zabłysła i szybko zgasła końcówka jego różdżki. Czar wygasł, a mętna iluzja powoli rozpłynęła się w wiejskim powietrzu.


sobota, 5 sierpnia 2017

"Pax" Sara Pennypacker


Przepiękna opowieść o przyjaźni człowieka i zwierzęcia. Przyjaźni wystawionej na wielką próbę. Ale jest to również, a może przede wszystkim, książka o wojnie, stracie, umieraniu, samotności i bólu. A wszystko to dostrzec można na cudownej okładce z zapatrzonym w dal lisem.

Po zapoznaniu się z pierwszymi rozdziałami, w moim odczuciu była na tyle smutna i momentami przygnębiająca, że bałam się ją dać do czytania córce. Jednak moja dziesięciolatka po raz kolejny zaskoczyła mnie dojrzałością. Z początku podchodziła dość sceptycznie do pozycji, w której nie będzie magii, czarodziejów, duchów, smoków i innych fantastycznych elementów. Jednak już od pierwszej strony książka ją pochłonęła. A łzy w jej oczach, które zaistniały w połączeniu z uśmiechem po przeczytaniu ostatniej strony, były najlepszą recenzją, jaką mógłby sobie wymarzyć każdy autor.

Dwunastoletni, na wpół osierocony chłopiec musi rozstać się ze swoim lisem, który przetrwał jako jedyny z miotu i dorastał wśród ludzi, w dwuosobowej rodzinie. Powodem ich rozstania jest nadchodząca wojna i wyjazd ojca na front. Chłopiec zostawia liska na leśnej drodze, a sam zostaje odwieziony do swojego dziadka, który jest mu prawie obcym człowiekiem. W ten sposób zostaje na świecie praktycznie sam, a dodatkowo martwi się o zwierzęcego przyjaciela. Wyrzuty sumienia i tęsknota każą mu wrócić. Ucieka więc z dziadkowego domu i wyrusza w daleką, niebezpieczną, pieszą podróż, do miejsca oddalonego o trzysta kilometrów, gdzie ma nadzieje znaleźć wciąż żywego przyjaciela i na nowo się nim zaopiekować.

Książka jest pisana z dwóch perspektyw - chłopca i lisa. Dzięki temu możemy sobie wyobrazić co myśli i czuje zwierzę, jak bardzo jest oddane człowiekowi, tęskni, jak się boi i w jaki sposób przystosowuje się do nowych warunków życia. Słyszymy myśli zwierząt, które wiedzą o ludziach i wojnie o wiele więcej, niż byśmy się spodziewali. W rozmowie z Paxem, stary lis alfa tłumaczy młodziakowi zawiłości ludzkiej natury:

"Człowiek odmawia pomocy głodnemu sąsiadowi, udaje, że nie ma jedzenia, chociaż jego spiżarnia jest pełna. Okazuje obojętność partnerce, którą sam wybrał. Miłym głosem zwabia owcę, by ją oddzielić od stada, a potem ją szlachtuje."

A o wojnie stary, mądry lis mówi tak:

"Jest taka choroba, która czasami dopada lisy. Sprawia, że przestają być sobą i atakują obcych. Wojna to taka choroba, tylko u ludzi.(...) Tam, gdzie żyłem z ludźmi, kiedyś przyszła wojna. Wszystko zostało zniszczone. Wszędzie był ogień. Śmierć dosięgała nie tylko zarażonych wojną dorosłych samców, ale też dzieci, matki, stare osobniki ich własnego gatunku. Wszystkie zwierzęta. Ludzie zarażeni tą chorobą niszczą wszystko na swojej drodze."

Z kolei w rozdziałach opisujących chłopca, poprzez jego przebłyski wspomnień poznajemy historię dramatu, związanego ze śmiercią mamy. Autorka niemal niepostrzeżenie przemyca przesłanie, że gniew, a nawet złość czy agresja po stracie najbliższej osoby, są normalnymi reakcjami. Bo człowiek musi wyrzucić z siebie cały ten żal i smutek, żeby móc dalej normalnie żyć. Autorka nie oszukuje młodych czytelników, nie zbywa ich suchą informacją o śmierci, ale pokazuje, że może ona się zdarzyć każdemu i w każdej chwili oraz jak wygląda potem życie tych, którzy pozostali. W tym miejscu daję duży plus za poważne traktowanie czytelników. Bo dzieci nie lubią być okłamywane, nawet dla ich dobra. One lubią znać prawdę i ta prawda im się należy. U nas książka wywołała rozmowę o śmierci, która, mam wrażenie, była bardzo potrzebna i oczyszczająca, zarówno dla mamy jak i córki.

Polecam "Paxa" starszym dzieciom oraz dorosłym, bo książka ta wymaga już pewnej dojrzałości emocjonalnej. Nie chcę zdradzać zakończenia, ale mimo całego smutku, można w tej historii doszukać się pozytywnego wydźwięku, o czym świadczy wspomniany wcześniej uśmiech przez łzy ;)

piątek, 4 sierpnia 2017

"Rozświetlone akwaria" Sophie Bassignac




Po lekturze "Rozświetlonych akwariów" mam przeczucie, że książka francuskiej autorki może należeć do tych, które wzbudzają skrajne emocje - oczarowują bądź nudzą, w zależności od oczekiwań i preferencji czytelników. Miłośnicy wartkiej akcji z pewnością poczują zawód, sięgając po tę pozycję. Mnie również momentami denerwował powolny rozwój wydarzeń, ale jednocześnie powieść była na tyle wyjątkowa, że nie mogłam się od niej oderwać.

Główną bohaterką jest młoda kobieta o imieniu Claire, która postrzega świat i ludzi przez pryzmat swoich licznych fobii i zaburzeń emocjonalnych. Momentami zdawało mi się nawet, że to niewiarygodne, aby jedna osoba mogła żyć z aż tyloma lękami. W każdym razie zostały one świetnie zobrazowane. Zaś tytułowymi akwariami są okna sąsiednich mieszkań, do których zamknięta społecznie Claire zagląda wieczorami, aby nieco z ubocza poobserwować życie współmieszkańców paryskiej kamienicy. W ten właśnie sposób poznaje tajemniczego pana Ishidę - Japończyka, z którym odnajduje wspólny język i wkrótce zaprzyjaźnia się. Jednak pewnego dnia sąsiad z naprzeciwka znika, za to mieszkanie, znajdujące się nad lokum Claire zajmuje dziwny mężczyzna. I w tym miejscu rozpoczyna się wątek kryminalny, którego zakończenie nie powaliło mnie z nóg, ale też nie należało do najgorszych.

Największą zaletą książki jest elegancki, momentami niemal poetycki styl, który zbudowany jest głównie z przemyśleń i wyobrażeń Claire. Faktycznie, zgodnie z tym, co mówi okładka książki, bohaterka nieco kojarzy mi się z Amelią. Jest typem obserwatora, inna, wyobcowana, może wręcz uchodzić za wariatkę, ale ma bardzo bogate wnętrze, a jej spostrzeżenia dają wiele do myślenia. Prostolinijność i szczerość bohaterki pozwalają na zasadzie kontrastu wyłuszczyć negatywne cechy ludzi, z którymi ma do czynienia - narcyzm, egoizm, bezradność, uprzedzenia, ślepa pogoń za nieosiągalnym.

Książka pokazuje też różne odcienie miłości. Relacje Claire z mężczyznami są dość skomplikowane. Wydaje się, że sama nie wie, czego tak naprawdę od nich oczekuje. Odnosiłam wrażenie, że lęk przed dzieleniem z kimś życia, był u niej silniejszy niż trawiące ją uczucie samotności. To strasznie przygnębiające. Autorka niezwykle pięknie przedstawia też istotę miłości platonicznej między mężczyzną i kobietą.

Podsumowując, "Rozświetlone akwaria" to książka mocno refleksyjna, taka, którą należy się delektować, nie połykać. Obnażająca nasze słabości, ale też ukazująca piękno ludzkiej duszy, w całej jej skomplikowanej postaci. Wbrew pozorom, polecałabym ją również mężczyznom, bo ukazuje bardzo uniwersalne prawdy o życiu obu płci. Mówi o miłości w sposób oszczędny, bez zbędnych ochów i achów, spotykanych w romansidłach, jednocześnie pozwalając na nią spojrzeć z kilku perspektyw. Myślę, że każdy z nas może w niej odnaleźć cząstkę siebie.